niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział 19

Kopyto.Lina.Pętla.Szyja.Upadek.Błoto.Kwik.
     To było ostatnie, co zobaczyłam zanim ogarnęła mnie ciemność.Pamiętam jeszcze moment, gdy spadałam z konia.To wszystko.
     Obudziły mnie krzyki ludzi i sygnał karetki.Nie wiem gdzie się znajdowałam.Bardzo bolała mnie głowa, obraz był rozmyty.Ponownie zamknęłam oczy.
     Tym razem obudziłam się we wnętrzu -jak później udało mi się ustalić- pobliskiego szpitala.W środku było jasno i sterylnie.Ściany i podłoga były pokryte takimi samymi kafelkami.Szafki i zasłony były białe, tak samo jak moje łóżko, pościel...i wszystko inne.Przez obolałą głowę przemknęła mi myśl, że umarłam, ale to by było zbyt niedorzeczne, ponieważ byłam podpięta do aparatury mierzącej rytm serca.Miarowe pikanie było irytujące do tego stopnia, że miałam ochotę rozwalić tą maszynę.
     Poruszyłam rękami i nogami.Wszystko w porządku.Podniosłam obie dłonie, i się im przyjrzałam.Były tak blade jak wszystko w tym pomieszczeniu.Przed moim łóżkiem przeszła wysoka pielęgniarka.Chciałam ją zawołać, jednak jedyne co udało mi się wydusić to nieregularny pisk; ale usłyszała, i to się liczyło.
-Podać ci coś?Potrzebujesz czegoś?Może wody?
-P..poproszę szklankę wody i...właściwie to co się stało?
-Twój chłopak i dziadek czekają na korytarzu, mam ich zawołać? -mój rumieniec na bladej twarzy pewnie wyszedł w kolorze buraka.Dave moim chłopakiem.Ciekawe.- Co?
-Niech najpierw przyjdzie chłopak -spojrzałam na nią- Dziękuję pani.
     Jak na zawołanie, zza zasłony wypadł Dave.Jego rozwiane, długie włosy spadały mu na plecy.Miał czerwone policzki, a w oczach...czyżby łzy?
-Dobrze się... -zaczął.
-Panie przodem, gdzie twoje maniery? -próbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł co najwyżej grymas.Ból rozsadzał mi głowę.-Co się stało, gdzie jesteśmy, i jak wyglądam?
-Miałaś wypadek przy zganianiu ogierów.Wszystko obserwowałem.Czarny koń kopnął cię w głowę, gdy ty napierałaś na tego brązowego.-Kopyto- Blondynka wtedy zarzuciła mu lasso na szyję-Lina, pętla, szyja- i pociągnęła tego dzikusa tak mocno, że upadł. -Błoto,kwik.- Jesteśmy w pobliskim szpitalu, niedaleko od stadniny.Będziesz musiała tu zostać do jutra.Tak udało mi się ustalić.Wyglądasz świetnie jak zawsze -uśmiechnął się.
-Więc tak to było.A co ostatecznie stało się z blondyną i karusem?
-Amber dostała porządny opiernicz od twojego dziadka.Te konie, które ze sobą przywiozła są na targi, które odbędą się pojutrze.Mało brakowało, a ze złości wyrzuciłby te konie z hali razem z dziewczyną na bruk.Ponoć mają trudną sytuację finansową, i Amber miała mieszkać tu aż do targów, sprzedać konie i wrócić na swoje rancho. -gdy Dave zaczął się rozglądać w poszukiwaniu krzesła, zauważyłam niecodzienną rzecz.Miał wygolony lewy bok głowy.- A ten kary dzikus ma być za najwyższą cenę spośród jej wierzchowców.Nie byłbym taki pewien, czy ktokolwiek go zechce kupić.
-Mhm...jestem ciekawa co się stanie z końmi, które nie zostaną sprzedane.Skoro mają na ranchu ciężką sytuację finansową, a przywieźli aż tyle koni, których nie są w stanie utrzymać...Pojedziemy tam przed targami?
-Oczywiście.Jutro mają ci ściągać bandaże i opatrunki z głowy, i cię wypuszczą. -uśmiechnął się.
-Apropos głowy...co ci się stało w lewy bok, że masz wygolony?
-Fryzjer mi się stał -zaśmiał się- Nie chciałem, żebyś czuła się inaczej.
Dopiero teraz dotknęłam swojej głowy.Delikatnie badałam obszar bólu, naciskając owinięty bok.Faktycznie, włosy mi się kończyły wraz z bandażem.Łzy samoistnie naleciały mi do oczu.Nie płacz,głupia.Włosy nie ręka, odrosną.Dave to zauważył.Ostrożnie mnie objął.Odwzajemniłam uścisk.
-Wiesz, Dave...Pielęgniarka myślała, że jesteś moim chłopakiem. -chłopak gwałtownie oderwał się ode mnie.Jego policzki ostro zaczerwieniły się.
-Uhm..twój dziadek chyba chciałby z tobą porozmawiać. -odparł zmieniając temat.I wyszedł, patrząc na mnie.
Jego zakłopotanie tak bardzo sprawiało mi satysfakcję.Mimo, iż jeszcze miałam ochotę go przytulić, puściłam go wolno.Na moją twarz wpełznął szeroki uśmiech.W tym momencie zza kurtyny wyjrzał dziadek.
-Huuh, wnusiu, dobrze się czujesz? -popatrzył na mnie zmartwiony.
-Już lepiej, tylko trochę boli mnie głowa.Podobno jutro mają mi ściągać szwy.Dziadku, co się stało z tą blondynką?
-Dostała surową pogadankę ode mnie.Chętnie bym ją wyrzucił, ale ciężko u niej z pieniędzmi, jej rancho popada w ruinę...No i słono zapłaciła za transport jej koni na sprzedaż.Ale nie martw się, od razu po targach ta nieodpowiedzialna kobieta się wyniesie.
-Jak się nazywa jej rancho?Chciałabym tam pojechać razem z Dave'em.
-Hmm, niech no pomyślę...Rancho Cisza?Nie,nie tak...Zacisze?Tak! Rancho Zacisze.Nie wiem dokładnie jak wygląda, ale można tam dojechać plażą.Myślę, że jak wyjedziecie rano, w południe tam będziecie.
-Dziękuję dziadku. -zapadła cisza.
-Ehm...pewnie chcesz się wyspać? -Tak dziadku, najlepiej z Dave'em.- Zostawię cie już.Śpij dobrze.
-Dobranoc.
Zamknęłam oczy.

niedziela, 5 października 2014

Rozdział 18

     Nagle Rafael szarpnął głową w górę i zarżał donośnie, omal nie stając dęba.Koń gwałtownie obrócił się w prawo i zaczął się cofać, niezgrabnie depcząc po własnych kopytach tym samym zmazując świeży smar.Dave próbował go uspokoić, ale na nic się zdały jego metody .Wierzchowiec na chwilę zastygł i zamiatał ogonem, jakby zapomniał co przed momentem robił.W jego oczach widać było białko, a czarne źrenice drgały poruszając się w górę i w dół.
     Zza zakrętu wypadł czarny koń, z kredowo białą grzywą i ogonem.Niczym błyskawica biegł, prawie mnie tratując.Gdyby nie trzeźwość Dave'a byłoby po mnie.Chłopak popchnął mnie na Rafaela, a potem mnie osłonił.Dzikus pobiegł dalej, a jedyne co po nim pozostało to kłęby kurzu.Jeszcze chwilę patrzyliśmy się za nim nie dowierzając co się właśnie stało.
-Wszystko dobrze?-spytał chłopak.W oczach tkwiła mu troska.
-Tak,wszystko dobrze.-zamyśliłam się- Ciekawe, kto jest właścicielem tamtego konia?
-Nie mam pojęcia, ale ten ktoś musi mieć z nim niezłe problemy.Cholera, trzeba będzie znowu posmarować mu kopyta.Są nierówne i oblepione kurzem.
Zerknęłam na kopyta siwka.Wyglądały krótko mówiąc źle.
     Wychodząc zza rogu zobaczyliśmy niemałe zamieszanie.W prowizorycznej zagrodzie zbudowanej ze stojaków i drągów ściskały się konie.Było ich tam około piętnastu, ale kto by je tam liczył.Wszystkie były jednakowych rozmiarów, i miały tak samo przycięte grzywy.
-Macin,wrzuć werniksy na halę! -krzyknęła jakaś dziewczyna stojąc w siodle.- No jak to które, żartujesz sobie?!Jadę po Aretha!
Była blondynką średniego wzrostu, całkiem szczupłą.Na koniach radziła sobie świetnie.Za pomocą szybkiego, płynnego ruchu wodzami, obróciła gniadego konia.Był ogromny i postawny.Przypominał niedźwiedzia rodem z lasów Alaski.Dziewczyna docisnęła łydki po bokach konia, i ruszyła szybkim kłusem.Gdy nas minęła, spięła konia do galopu, rozglądając się zapewne za karym dzikusem.Szalony koń był już za płotem, pod lasem uroczo galopując wśród lokalnego stada.
-Jean...Czy teraz nie ma pory wypasu ogierów? -Spojrzałam na niego z niepokojem.Jeżeli pośród naszych temperamentnych ogierów biega obcy koń, i zaraz wtryni się tam blondyna na niedźwiedziu, możemy mieć niezły młyn.
-Co robimy? -spytałam.Nie wiedziałam co robić.Siadać na konia z batem i zganiać stado w okolice jeziora, czy krzyczeć za dziewczyną?- Pobiegnę po kogoś!
Chciałam pobiec, ale Dave przytrzymał mnie za nadgarstek.
-Ładuj się na konia! -nim zdążyłam zaprotestować, znalazłam się na kościstym grzbiecie Rafaela.- Jedziemy!
     Przyspieszyliśmy dopiero za rogiem, omijając werniksowe konie.Trzymałam się mocno czarnej grzywy konia, by nie spaść.I tak ledwo siedziałam na tym koniu.Dave to zauważył, otaczając mnie ręką i przyciągając do siebie mocno.Było tak cudownie...Nie, nie myśl tak! Zganiłam się sama.Jesteś tu tylko do końca sierpnia!
     Wyhamowaliśmy przed główną stajnią.
-Jest tu Alicja?! -krzyknął Dave- Potrzebujemy jej natychmiast!
-Co to, pali się czy jak? -powiedziała ze śmiechem trenerka, wynurzając się zza srokatego konia.Gdy Dave wytłumaczył jej całą sytuację, jej mina zrzedła.Zastanawiała się nad tym, co zrobić, marszcząc brwi.- Siodłajcie swoje konie, i weźcie długie baty.Za dwie minuty zbiórka pod płotem padoku!
     Dave błyskawicznie zawrócił Rafaela.Jechaliśmy stonowanym galopem.Nim koń przeszedł do stója, ja już byłam na ziemi.Wszystko działo się bardzo szybko -szaleńczy bieg do siodlarni, siodłanie, kiełznanie, i znalezienie długiego bata.Mój Chaber był już gotowy,jednak gdy młody anglik miał być siodłany, coś mnie uderzyło.Przecież siwek to młody anglik, ogier.Może go ponieść w tej pogoni.
-Dave, siodłaj Rutę. -chłopak popatrzył się na mnie- Rafael poniesie!
Zrozumiał.Zarzucił siodło z powrotem na belkę płotu, i chciał biec po Rutę, ale nie było czasu.
-Jedź sama, dasz radę. -skinęłam mu z grzbietu konia, i wyjechałam zza zakrętu w poszukiwaniu Alicji.
     Ta wraz z trzema mężczyznami siedziała już na koniach.Cała czwórka miała w rękach długie, ujeżdżeniowe lub lonżownicze baty.
-Panowie i panie -popatrzyła na mnie- Zganiamy ogiery pod jezioro.Garfie, ty pomagasz blondynie z tamtym dzikusem,jasne?
Gdy kiwnęliśmy głowami, Ala spięła swojego rudego wierzchowca i pokonała gładko płot, podobnie jak my wszyscy.To jak na Hubertusie! krzyknęła, a jej rudzielec wystrzelił do przodu jak rakieta.Fantastycznie było ją widzieć w akcji.Nienaganny półsiad, dobry kontakt z koniem...
     Pod lasem zaczęła się już tworzyć sytuacja konfliktowa.Ogier przewodniczący stadu stawał dęba, strasząc czarnego dzikusa.Blond włosa dziewczyna na swoim niedźwiedziu trzymała się na pewien dystans, a widząc nas -jakby ze wstydu- pogalopowała jeszcze dalej.Konie zaczęły się kotłować, kuląc uszy i kopiąc się nawzajem.Dopiero teraz miała się zacząć akcja.
     Alicja zaczęła strzelać z długiego bata, krzycząc "Heta!".Mężczyźni również zaczęli to robić, więc i ja zaczęłam.Wierzchowce powoli rozbiegały się, a my zataczaliśmy półkola na tyłach grupy.Wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie alfa stada.Dominujący ogier nadal trykał się z dzikusem.Zawróciłam Chabra odrobinę ściągając wodze, żeby go nie zajechać.Po chwili koło mnie przebiegł rudzielec ze spienionym pyskiem.
     Trenerka strzeliła z długiego bata i podjechała blisko ogierów.Blondynka uczyniła to samo.Na przednim łęku jej westernowego siodła dostrzegłam długie lasso.Ciekawe, czy go użyje.
-Dominant! -Alicja krzyknęła głośno, i zacmokała.Koń opadł na ziemię, a za nim dzikus.Mierzyli się wzrokiem kuląc uszy i niespokojnie przebierając nogami.Kobieta powoli i ostrożnie podjechała do alfy stada.-No już, dobrze -powiedziała.Dominant skupił na niej uwagę.Wydawałoby się, że konie już odpuściły, ale na marne zdały się moje oczekiwania.Gdy Alicja złapała konia za kantar, ten wyrwał się do góry.
-Alicja! -krzyknęłam.Wierzchowce znów wszczęły bójkę.Czas interweniować.Podjechałam do rudzielca i chwyciłam wodzę, ciągnąc w stronę pastwiska.Na początku szło opornie, jednak wolna ręką strzeliłam z bata i wypruł jak szalony.Spokojnym galopem podjechałam do Dominanta i smagnęłam go delikatnie, by odskoczył w stronę przeciwną do oszołomionej Alicji.Jednak postawny ogier potrzebował czegoś więcej niż tylko bata.Nie myśląc ani chwili, naparłam na niego bokiem Chabra.To był błąd.




sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 17

     Od mojego pobytu w stadninie minął tylko tydzień, a ja odczuwam to jako wieczność.Najbardziej intensywne były trzy pierwsze dni.Poznanie nowych ludzi, jazdy, wypadek Sandy, Alyra i jej źrebię, Jed i Hrimfaxi...i Dave.Z dnia na dzień poznaję go co raz lepiej.Póki co trzymam go na dystans, aby się chłopak nie zagalopował.
     Jeżeli chodzi o konie -cały czas jeżdżę na Aromacie.Srokacz nie jest tak wygodny jak Lucyfer, i nie skacze tak świetnie jak Sandy, ale da się wytrzymać.U rudej klaczy też -choć nieznacznie- to lepiej.Alyra ma swoje kaprysy i czasem nie chce współpracować, ale staram się przełamywać stopniowo jej bariery.Jej źrebak -Arion- bo tak został nazwany, trzyma się świetnie.Chód ma pierwszorzędny, a charakter zadziorny.Ma niecałe dziewięć dni życia za sobą.Jest regularnie karmiony i rozwija się prawidłowo.Rokowania Sandy też są nieco lepsze, ale czeka ją kilka skomplikowanych operacji, z których może nie wyjść cało.Sandrę nie do końca udało się pozbierać, ale nie jest najgorzej.Dosyć rozmyślań, czas iść na jazdę...Zapomniałabym!Dziadek prosił, abym poszła na halę.
     Biegiem wypadłam z pokoju.Na dworze lało, więc musiałam się pospieszyć, aby nie zmoknąć.Niebo było ciemnoszare, z niebieskimi prześwitami.Póki co nie grzmiało, ale kto wie, co będzie zaraz?Dobrze, że mieszkam blisko hali, na której mam się stawić.
     Hala była duża, przestronna i bardzo dobrze oświetlona.Podłoże stanowił niemalże biały piasek kwarcowy, który komponował się z ciemno-brązowymi, drewnianymi bandami.Na białych ścianach pokrytych cienką warstwą kurzu i pajęczyn, wisiały obrazy przedstawiające sławnych ujeżdżeniowców i skoczków.Z tyłu pomieszczenia były małe trybuny dla widzów.
     Na hali były dwie osoby i koń.Mój dziadek z notesem w ręku spisywał coś, a Alicja trzymała wierzchowca.Zwierzę było naprawdę piękne -proporcjonalna budowa, pokaźne rozmiary, czekoladowa maść z przebłyskami w kolorze palomino.Na grzbiecie i zadzie utworzone były ciemne i jasne koliste plamki.Nie wiem, jak to się fachowo nazywa, ale robi wrażenie.
-Jesteś już, moje dziecko -powiedział dziadek, spoglądając na mnie.Czy ten koń będzie mój?- Razem z Alicją zadecydowaliśmy, że nie możesz jeździć wiecznie na Aromacie, ponieważ tylko się na nim marnujesz. -bingo.- Ten wałach którego widzisz, to Chaber, koń trakeński z dobrej hodowli.Jest rosy, dobrze zbudowany.Z tego co mówił poprzedni właściciel i z tego co sprawdziliśmy, jest świetnym skoczkiem.Alicja co nieco pomogła mi w wyborze konia odpowiedniego dla ciebie. -Wałach zarżał jakby wiedząc, że o nim mowa.Albo ma wyczucie czasu, albo jest inteligentny.- Tak więc przyjmij go ode mnie jako prezent od dziadka.
-Dziękuję -powiedziałam, i rzuciłam mu się na szyję.
-Twój wałach będzie stał w stajni angielskiej, między Hrimfaxim a Voltą.Jego sprzęt jest już w siodlarni.
     Pierwsza jazda zapowiadała się obiecująco.Na niebie co prawda kłębiły się chmury, ale już nie padało.Powietrze było chłodne i orzeźwiające, piach na placu był zwilżony jedynie z wierzchu.Na gotowym koniu wjechałam kilka minut wcześniej, aby go przetestować.Chodził jak marzenie, reagował poprawnie na pomoce.Naprawdę zadowalająco.
     Na plac po kolei wchodziły dziewczyny.Pierwsza Paula, za nią Mela, Zosia, a na końcu...Natalia i Daria.To było dla mnie lekkie zaskoczenie, ale mimo wszystko się cieszyłam.Nie wiem jak nazywały się konie dwóch ostatnich dziewczyn.Jeden z nich, ten należący do Natalii, był maści siwej jabłkowitej.Był nie za duży, nie za mały.Miał grzywę postawiona na sztorc.Koń Darii był kasztanowato-dereszowaty.Przypominał łyse kurczę.
-Dziewczęta, nie guzdrać się tam -krzyknęła Alicja- Na koń!
Wszystkie siedziałyśmy na grzbietach koni.
-Pewnie zauważyłyście, że Jean nie jeździ już na Aromacie, a na nowym koniu.Dlatego dziś szczególnie proszę o ostrożność.
     Jazda zaczęła się klasycznie od rozgrzewki stępem, potem kłusem.Po około dwudziestu minutach przyszedł czas na pierwszy galop na Chabrze.Wałąch był chętny na tego typu spożytkowanie energii.Zebrany i luźny jednocześnie.Pięknie współpracował.Mocno żuł wędzidło, więc z pyska toczyła mu się piana.Po kilku okrążeniach był zlany potem.Alicja dała mi kilka minut przerwy, aby koń mógł odpocząć.Potem zaczęliśmy skakać.Chaber chętnie skakał niewysokie stacjonaty i krzyżaki.Od czasu do czasu zdarzało mu się wygiąć w próbie ucieczki tuż przed przeszkodą, ale dawaliśmy radę.Po skokach, na sam koniec treningu gdy stanęłyśmy na środku placu, Alicja powiedziała coś więcej, niż "dziękuję za jazdę, z koni".
     -Drogie dziewczęta, pewnie wiecie, że pod koniec miesiąca szykuje się Pomorski Festiwal Jeździecki.Będzie można wziąć udział w trzech oficjalnych konkurencjach: ujeżdżeniu, skokach i crossie.W świecie jeździeckim nazwano by to WKKW, jednakże mogą w nim brać udział osoby nieletnie, więc funkcjonuje to pod inną nazwą. -odchrząknęła- Oprócz tego można wziąć udział w różnych jeździeckich zabawach, a w ostatni dzień Festiwalu o zachodzie słońca można się ścigać na plaży.Atrakcji będzie bardzo dużo, temat festiwalu to temat-rzeka.Wracając do samych zawodów -ciągnęła- W ciągu pięciu dni mam wytypować reprezentantów naszej stajni.Przez ten okres czasu będziecie miały lekcje z zaprzyjaźnionym trenerem polskiej młodej kadry.Starajcie się, i pokażcie na co was stać.Możecie zsiąść z koni.
     Byłam podekscytowana.Muszę się naprawdę postarać, żeby zaimponować trenerowi kadry.Z tego co Alicja mówiła, treningi z nim mają się zacząć jutro.Wykorzystam całe swoje umiejętności nabyte w Norwegii i tutaj.
     Przy boksie mojego wierzchowca stał Dave.Gdy go zobaczyłam, rzuciłam mu się na szyję, i niemalże słowo w słowo powiedziałam mu wszystko, co powiedziała Alicja.Okazało się, że chłopak był na jednym festiwalu tutaj.Zaczęliśmy ściągać z konia sprzęt i czyścić go, rozmawiając o tym jak wszystko przebiegało.Chaber stał grzecznie i bez ruchu.Raz czy dwa zamiótł ogonem, ale po za tym był jak słup soli.Gdy wałach wchodził do boksu, przyszła Daria wraz ze swoim "łysym" koniem.
-Co tam siostrzyczko? -zagadnął ją Dave.- Jak jazda na łysolu?
-Siedź cicho, szajbusie.Obciął byś te kłaki.
-Nawet jakbym nie miał ani włoska na głowie, twój koń wyglądałby bardziej łyso ode mnie. -odgryzł się ze śmiechem.
Daria lekko poirytowana wymierzyła mu kuksańca w żebra.Zgięty w pół chłopak nadal się śmiał.Dobrane z nich rodzeństwo.Koń zarżał głośno.
-Volta się świetnie sprawdziła dzisiaj -zaczęła dziewczyna.Czyli to jest Volta, tak?Jestem skazana na jej brata.- Mimo, że nie jest takim olbrzymem jak Chaber, skakała to samo.Nawet z zapasem.
-Cieszę się niezmiernie -odparł Dave.Sama nie wiem, czy to była ironia, czy nie.- Będziesz się starała o uczestnictwo w festiwalu?
-No pewnie.A ty wystawisz Rafaela na wyścigi?Wiesz, że są w drugim dniu.
-Wolałbym nie ryzykować.Wiesz, że jego trening zaczął się zaledwie miesiąc temu.Do tego obecnie nie ma jeźdźca.Mark wyjechał wczoraj na urlop, wróci w drugim tygodniu sierpnia. -pokręcił głową Dave- Z resztą to bardzo prestiżowa impreza, nie wiadomo czy przyjęliby konia na wyścig, nawet jeżeli byłby z nami Mark.
-I tak nawet Volta by wygrała z Rafaelem. -prychnęła Daria.
-To się okaże.Wyzywam cię na wyścig na plaży podczas festiwalu. -uśmiechnął się z przekąsem chłopak.
-Nie zdążysz wystartować, a ja już na mecie będę.
Dave chciał coś dopowiedzieć, ale szturchnęłam go znacząco.
-Lepiej byś pomógł siostrze, a nie konia jej zazdrościsz.
     Jego mina w tamtym momencie była bezcenna.Żałuję, że nie noszę przy sobie aparatu; zrobiłabym mu zdjęcie.Oboje pomogliśmy Darii przy Volcie.Dave odniósł sprzęt, a ja ją wyszczotkowałam i wyczyściłam kopyta.Koń był cały mokry od potu, więc przebrawszy go w kantar poszłyśmy pod myjkę.Po całkiem solidnym myciu osuszyłyśmy ja minimalnie słomą, i zostawiłyśmy ją w boksie.Dziś mam wielką ochotę zajmować się końmi.Do obiadu zostały mi jeszcze całe dwie godziny, więc poszłam do stajni krytej.
     Od progu panował ruch i zamieszanie.Młodzi jeźdźcy szykowali konie i kuce.Wszystkie zwierzęta były wymuskane i gotowe, więc moja pomoc byłaby bezużyteczna.Z braku laku przeszłam się po stajni, czytając imiona koni na tabliczkach.Lucyfer, Zeus, Laugher, Kasztan, Sowa, Mirek, Wafel, Tina, Tamiza.Lista imion była naprawdę długa.Moją uwagę przykuło jedno imię -Chastrovia.Skąd ja ją kojarzę?
     Musiałam chwilę stać przy tym boksie, ponieważ podeszła do mnie dziewczyna z siodłem w ręku, i powiedziała:
-Wygrała Międzynarodowy Czempionat Koni Trakeńskich.Zdaje się, że właściciel stajni dzisiaj odkupił jej brata, Chabra. -powiedziała dziewczyna.Dałabym jej około 20 lat.- Podałabym ci rękę, ale nie mam jak. -zerknęła na siodło- Jestem Monika, miło mi.
-Jeanette, ale lepiej Jean. -przedstawiłam się.- To ja jestem nową właścicielką Chabra.
-Pracowałam z tym koniem bardzo długo, mam nadzieję, że dobrze ci się przysłuży -powiedziała z lekkim zdziwieniem.Pewnie miała mnie za małolatę, która jest rozpuszczona do granic możliwości.
-Miałam okazję już na nim jeździć -zaczęłam- Świetnie chodzi.- Monika odrobinę niedyskretnie zmierzyła mnie wzrokiem- Wcześniej jeździłam w Norwegii na koniach podobnego pokroju i poziomu jazdy.
     Rozmowę przerwała konieczność siodłania Chastrovii, jak się później dowiedziałam -potocznie zwanej Chastrą.Owa Chastra miała identyczny wzór maści jak Chaber, z tą różnicą, że w wersji czarno-białej.Była pokaźnych rozmiarów, i posiadała tyle samo wdzięku co jej brat.
     Po krótkim pożegnaniu wyszłam ze stajni.Zimny podmuch wiatru uderzył mnie w twarz, szarpiąc do tyłu rozpuszczone włosy.Ogarnęła mnie fala chłodu.Pierwsze co zrobiłam, to pomyślałam o Dave'ie.Znaleźć się w jego ramionach, poczuć jego bliskość.Muszę go znaleźć.Bez zastanowienia pobiegłam na nasz plac treningowy.Konie, w tym Chastrovia, powoli wchodziły do środka, wypełniając pustą przestrzeń.Teraz wewnątrz było siedmiu jeźdźców oraz Alicja.Odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem ruszyłam ku stajniom angielskim.Był w trakcie szczotkowania Rafaela.Gdy wyjrzał zza konia, na jego twarzy zobaczyłam uśmiech.Wieczny uśmiech.Podeszłam do niego, i mocno się przytuliliśmy.
     Zrobiło mi się tak smutno.Czułam taką wewnętrzną pustkę.Samotność, która zaczyna mnie wyżerać.Byłam też pewna, że gdyby ktoś wrzucił mi kamyk w klatkę piersiową, odezwałoby się echo z głuchym stuknięciem.
     Niemiłe myśli zniknęły równie szybko, jak się pojawiły.Po chwili zostały z nich już tylko strzępki.Uśmiechnęłam się, by się nie martwił.Rafael skubał trawę przy płocie, od czasu do czasu zamiatając czarnym ogonem w powietrzu.Mlecznobiała sierść była aksamitna w dotyku.Mimo braku słońca połyskiwała lekko, co świadczyło o dobrym stanie.Szarawe kopyta były świeżo pomalowane smarem, co nadawało im kolor brudnej czerni.Grzywa była dokładnie wyczesana i przystrzyżona.
-Jakieś większe końskie porządki? -spytałam.
-Nic szczególnego.Przelonżowałem go odrobinę, wyczyściłem, no i zrobiłem kopyta.Nawet udało mi się znaleźć w siodlarni użyteczny smar. -powiedział z dumą w głosie, po czym rozmawiając coś o koniach zarzucił derkę na grzbiet anglika, która wcześniej wisiała na płocie.Klasycznie pomogłam mu zapiąć klamry.- Przejdźmy się wokół stajni.Muszę chwilę poczekać, aż smar wyschnie.
-Jasne, nie ma problemu.Przy Chabrze nie mam co robić, ponieważ jest wymuskany.Jeżeli potrzebowałbyś pomocy, to jestem -uśmiechnęłam się.
-To już dziś po południu pierwsza jazda z trenerem kadry,hmm? Znam składy. -zaczął- Generalnie rzecz ujmując są cztery grupy.W każdej grupie są jeźdźcy dobrani pod kątem poziomu jazdy, stylu oraz wieku.Z tego co zdążyłem podpatrzeć, to uplasowałaś się w grupie drugiej.Będziesz jeździła z pięcioma jeźdźcami, Alicja mówiła, że są naprawdę nieźli...
Mam nadzieję, że nie spalę lat pracy.


Rozdział 16

     Zanim wyszłam z boksu, popatrzyłam się na niego.Spał jak zabity.Obok niego położyła się gniada klacz, która grzała mu połowę ciała.Długie, czarne włosy spływały mu po ramionach.Oddychał miarowo, prawie równo z Rutą.Widok był przeuroczy.Ja pewnie teraz przypominałam pognieciony koc ze starą słomą na głowie.Ciekawe jak długo spałam?Nie ważne, przynajmniej jest mi ciepło.
     Deszcz nieznacznie kropił.Powietrze było -jak na burzę letnią- bardzo rześkie.Moimi włosami targał zimny wiatr.Jest lipiec, a pogoda iście jesienna.W brzuchu mi burczy, czyli musi być teraz pora kolacyjna.Dobrze, że się trochę przespałam.Wróciły mi siły.Po kolacji trzeba się ruszyć i trochę pojeździć.Potem ewentualnie zagonię Alyrę na lonżę.Rudzielec dał dziś pokaz umiejętności.Mimo wszystko podejrzewam, że to nie cała jej siła.Mam nadzieję, że nie będzie miała żadnych kaprysów.Gdy ją poznałam, Alicja przedstawiła mi jej historię.Brzmiało dosyć dramatycznie i nieciekawie.A po niespełna dwóch dniach koń współpracuje całkiem dobrze.Szkoda, że nie jestem psychologiem zwierzęcym...Dawno też nie zaglądałam do jej bezimiennego syna.Wypadałoby się zorientować, jak funkcjonuje źrebię pozbawione matki.A ściślej -odrzucone przez matkę.
     Na przemyśleniach zeszła mi cała droga do pokoju.Weszłam do środka.Było tam ciepło, ale niezbyt przytulnie.Przez dwa okna połaciowe wpadało zimne światło.Na łóżku była biała kołdra i poduszka.Nie paliło się żadne światło.Część pokoju była więc zacieniona.To wszystko kojarzyło mi się ze szpitalem.Zdecydowanie czas wolę spędzać w stajni, przy koniach.
     Poszłam do łazienki, aby ocenić swój stan wyglądu.Tak jak podejrzewałam -moje włosy wyglądają teraz jak stara słoma, a reszta mojego ciała jak pognieciony koc.Chwyciłam szczotkę do włosów, i przeczesałam cały ten huragan na głowie.Ubrania były czyste, więc tylko je wygładziłam ręką.Umyłam twarz i nałożyłam odrobinkę korektora pod oczy, aby wyglądać na mniej zmęczoną.Mój stan był teraz zadowalający.Wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę stołówki.Ciekawe co dziś na kolację?Może kogoś tam spotkam?
     W stołówce roiło się od jeźdźców -Paula, Mela, Zosia i cały stół ludzi, których nie znam.Są wakacje, więc zapewne to obozowicze.Udało mi się wyhaczyć Natalię, która siedziała na samym końcu.Szczęśliwym trafem było obok niej wolne miejsce.Poszłam do kuchni po moją porcję.Dziś na kolację był makaron z serem i polewą.
     Wyszłam z kuchni, i bardzo szybkim krokiem poszłam do Natalii.Miejsce obok niej nadal było puste, więc się przysiadłam.Po jej lewej stronie siedziała młoda dziewczyna -na oko czternaście lat.Gdybym się nie upomniała, Natalia pewnie by mnie nie zauważyła.
-Oh, to ty! -zdziwiła się- Nie widziałam cię dzisiaj od porannej jazdy.Szukałam cię.Wiesz, co się dzisiaj stało Sandrze i jej koniu?
Przypominała mi małą plotkarę.
-Wiem, byłam przy tym.Smacznego.
-Wzajemnie! Czy znasz już Darię? -wskazała na dziewczynę po swojej lewej- Jest siostrą Dave'a.Nie wiem, czy go znasz...
-Taki szajbus, latający z długimi włosami -wcięła się Daria.Podałyśmy sobie rękę nad makaronem Natalii.Dziewczyna miała identyczne włosy jak jej brat.Nawet trochę krótsze, ale tak samo czarne.
-Tak, poznałam go dzisiaj.Teraz śpi w boksie Ruty -zaczerwieniłam się na myśl o dzisiejszym dniu.
     Przez prawie całą kolację rozmawiałyśmy o jej bracie.Resztę rozmów zajął temat Sandry, której nie widziałam od dzisiejszego wypadku.Makaron był pyszny.Pożegnawszy się z dziewczynami, wyszłam do stajni.Muszę odwiedzić Sandy i źrebaka Alyry.No, i zorientować się, czy Dave już wstał.
     Letni wieczór mimo wypogodzenia się nadal był chłodny.Bluza chłopaka grzała mnie od kilku godzin.Było jasno, chociaż chmury przyćmiły niebo solidnie.Wiatr wiał, drzewa szumiały tworząc niezrozumiałą symfonię.Piach na placu treningowym -jak i wszystko inne- był mokry.Było szaro i ponuro.Moja ulubiona pogoda.
     Weszłam do stajni, wpuszczając chłodne powietrze.Boks Ruty był na środku stajni.Po drodze były boksy Lucyfera, Sandy, źrebaka Alyry i innych koni.Tylko jeden jedyny był pusty.Ze świeżą ściółką, bez tabliczki.Jeszcze nie zamontowano świeżej lizawki.Poidło było nienaruszone.
     Gniada klacz skubała słomę, stojąc obok śpiącego Dave'a.Otworzyłam boks najciszej jak umiałam.
-Śpiąca królewno, wstajemy -szepnęłam mu do ucha.Odmruczał coś tylko, i nadal spał- Nie chcesz po dobroci?To nie...
     Wiadro było napełnione wodą.Było ciężkie, ale to dźwiganie miało przynieść piorunujący efekt...Już po chwili w pełni obudzony Dave ociekał wodą.
-Tak się bawić nie będziemy.
I przytulił mnie.Byłam prawie tak samo mokra jak on.
-Jesteśmy kwita? -spytałam, śmiejąc się- Śpiąca królewno?
-Chyba tak, książę -odpowiedział- Pomyśl, jak my teraz wyjdziemy?
     Wyszliśmy drzwiami od siodlarni.Cali mokrzy i oblepieni słomą.Nie mogłam się doczekać gorącego prysznica.Miałam jeszcze iść do Sandy i źrebaka, ale te wizyty przełożę na jutro.Pożegnałam się z Dave'em i poszłam do pokoju.

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 15

     Oldenburska klacz uspokoiła się odrobinkę.Otworzyłam zasuwę boksu najciszej, jak mi się udało.Uwiąz zwisający z kantara nie był długi, więc klacz nie była zaplątana.Ostrożnie do niej podeszłam, przemawiając opanowanym głosem.Po chwili lina spoczywała w moich rękach, koń skubał siano, a boks został zabezpieczony przed burzą.Derkę wzięłam w wolną rękę.
-Więc, Dave -dziwnie było mówić do niego po imieniu- Na którym padoku stoi Ruta?
-Na tym dużym, ze stawem.Powinna być gdzieś pod lasem, we wschodniej części pastwiska -odpowiedział- Weźmy derkę tak na wszelki wypadek. -dodał.
     Idąc po Rutę przechodziliśmy obok Hrimfaxiego.Przypomniałam sobie o Jedzie.W pierwszym dniu, gdy go zobaczyłam, nie mogłam oderwać oczu.Pamiętam niemal każdy ruch konia.Płynne pasaże, piękny kłus wyciągnięty.Galop zebrany jak we śnie.Kroki zwierzęcia minimalnie wznosiły pył z placu, tworząc małe obłoki.Z nieba lał się żar...Było jak w bajce.
     Z zamyślenia wyrwał mnie głos Dave'a.
-Co ty taka zamyślona? -spytał.Właściwie, dlaczego nie miałabym mu opowiedzieć o Jedzie?
-Myślałam o chłopaku, który tutaj jeździ -wydaje mi się, czy on się zarumienił?- Pierwszego dnia, gdy tu przyjechałam, zobaczyłam go jak trenował.Mowa o Jedzie.Może go znasz?
-Jed? -zastanowił się- No pewnie,że go znam.
-Widziałeś kiedyś jak jeździ?
     W tym dniu dowiaduję się bardzo ciekawych rzeczy...Jed dosiada Rafaela w wolnych chwilach, by poprawić jego umiejętności ujeżdżeniowe.Dave trenuje go przecież pod wyścigi?Już nic z tego nie rozumiem...Do tego pomaga mu Alicja -toż to zwykła trenerka i instruktorka, a nie spec od gonitw.Chyba, że czegoś nie wiem.Rodowód i budowa konia wskazują na to, iż jest on urodzony by się ścigać.Jakbym tego siwka jeszcze w komplecie westernowym zobaczyła, to bym ogłupiała kompletnie.Nie wytrzymam.
-Dave, jak to jest właściwie z twoim koniem?Do czego go trenujesz?
-Wiele osób o to pyta -zaśmiał się- Jest folblutem, więc naturalnie, że do wyścigów.Jeżeli chodzi ci o treningi z Jedem...No cóż, chodzi o to, bym od czasu do czasu mógł na nim normalnie pojeździć, popracować. -zamyślił się- Żeby nie był aż tak temperamentny.Nie musi wygrywać, ale przez najlepsze lata życia nie pozwolę mu się zmarnować.Wiadomo też, że kariera wyścigowca nie trwa tyle, co ujeżdżeniowca czy skoczka.Nie dam go potem do szkółki jeździeckiej, ponieważ jest moim pierwszym koniem.Jestem do niego przywiązany.Rozumiesz?
-Tak, rozumiem.Tylko ostatnie pytanie -dlaczego sam go nie dosiadasz, tylko Jed to robi?
-Moje umiejętności w jeździe są jeszcze marne, nie chciałbym popsuć konia.Uczę się na Rucie.
     Zbliżaliśmy się do padoku, na którym pasł się koń.Przeszliśmy przez pomalowany na biało płot, i podążyliśmy w stronę klaczy.Wnioskując po wyglądzie Rafaela -spodziewałam się, że będzie to sportowy wierzchowiec o idealnej budowie ciała.Jednak Ruta, krótko mówiąc, wyglądała jak przysłowiowa "Baśka".Niewysoka, grubiutka gniada klacz.Na nogach miała rozjaśniające się, małe szczotki pęcinowe.Na pysku miała łysinę.Grzywa i ogon były konopiaste i -odnosiłam takie wrażenie- puchate.Na widok konia uśmiechnęłam się.
-Zwykła, śląska klacz -wyprzedził moje pytanie Dave- Czasami też chce mi się śmiać, jak na nią patrzę.
Moje policzki lekko pokraśniały.
-Nie miałam na myśli niczego złego, patrząc się na nią. -wybuchłam śmiechem.To musiało brzmieć naprawdę niepoważnie, a śmiech na koniec wypowiedzi tylko dodał ironii.
     Na szczęście chłopak dołączył do mnie, a potem rżeć zaczęła Ruta, która nagle się zbliżyła, prychając na nas swoją śliną.To było wyjątkowo ohydne, ale mogłam jej to wybaczyć.W końcu wcześniej się z niej śmiałam.Już nawet nie pamiętam, kiedy znalazłam się na jej grzbiecie, rozmawiając i śmiejąc się.Przeczesałam jej lukrecjową grzywę palcami.Świetnie by było mieć swojego jedynego konia, na którym można pojeździć, wyjść na padok, popławić.W Norwegii wraz ze wzrostem mojego doświadczenia zmieniałam konie.W Polsce obecnie mam to samo -w końcu Alyra się jeszcze nie nadaje.
     Pogoda powoli się psuła, jakaś duża chmura znów przysłoniła słońce.Póki co nie grzmiało, ale warunki atmosferyczne były na krawędzi załamania.Ciekawe, jak się czuje Sandy.Biedaczce grozi śmierć, a ja zamiast jej w jakiś sposób pomóc, jestem na padoku i śmieję się z facetem, którego poznałam dzisiaj.Lubię go, ale jesteśmy chyba zbyt blisko siebie.Te jego brązowe oczy cały czas mnie ogarniają wzrokiem, bez chwili wytchnienia...
     Nasze śmiechy przerwał głośny grzmot.Ku mojemu szczęściu Ruta to nie Alyra.Poczciwa klacz stanęła bez ruchu.Czy to cisza przed burzą?Czy zaraz zerwie się galopem przed siebie?Moje obawy nie sprawdziły się.Pospiesznie zeskoczyłam z grzbietu konia.Dave narzucił klaczy derkę, którą cały czas trzymał w ręku.Gdy zapięłam ostatnią klamerkę, z nieba lunął deszcz.Krople były duże jak grochy, i spadały z ogromną prędkością.Zaczęliśmy powoli biec, i zmusiliśmy konia do truchtu, nawet nie do kłusa.Wystarczy, że Sandy jest połamana.Ruta nie będzie kolejną ofiarą ludzkiej głupoty.Wyprzedziłam Dave'a i klacz, żeby móc otworzyć bramę padoku.Mimo swojej wagi i kształtów, zwierzę wyślizgnęło się zwinnie jak sarna przez nieotworzoną do końca bramę.
     Zroszona deszczem puchata  grzywa podskakiwała z każdym krokiem.Praktycznie całe nogi były już przemoczone, ze szczotek pęcinowych strużkami ciekła woda.Derka skutecznie osłaniała cały grzbiet i zad, utrzymując je w stanie nienaruszonym.Chociaż tyle dobrze.My poszliśmy w ślady szczotek pęcinowych Ruty -byliśmy cali mokrzy, włosy nam się lepiły do twarzy.
     Koniec końców udało nam się dotrzeć do stajni.Nie została na nas sucha nitka.Wprowadziliśmy klacz do boksu, i zaczęliśmy nacierać ją słomą tak, by choć trochę wyschła.Dave odpiął klamry i ściągnął derkę, odwieszając ja na najbliższy wieszak na siodła.Wspólnie zadecydowaliśmy, że do pokoi mamy kawałek drogi, a deszcz z pewnością minie.
     Usiedliśmy pod ścianą boksu, w czystej słomie.Rozmawialiśmy długo, sama już nie wiem o czym.Moje powieki stawały się co raz cięższe, oczy mi się kleiły.Wokół było ciepło i pachniało końską sierścią.Miarowe posapywanie Ruty i bliskość czyjegoś ciała zdecydowały same.Zapadłam w sen.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 14

     Klacz leżała w boksie z zabandażowaną nogą.Wokół niej zgromadziła się czwórka ludzi -Alicja,Rob,mój dziadek oraz George.Za kratami boksu stały Zosia i Mela, a także Paula.Podejrzewam, że Sandra w stanie załamania siedzi w pokoju.Podeszłam bliżej.
-Złamana -powiedział weterynarz- W dwóch miejscach.Nie wiem, czy ją zostawić przy życiu.Zobaczymy jakie będą rokowania.Nawet jeżeli wyzdrowieje, nie odzyska w pełni poprzedniej sprawności.
     Sandy oddychała głośno, podpięta do kroplówki.Sierść była pozlepiana w kilku miejscach, i wydawała się bardziej matowa niż zwykle.Słysząc diagnozę Georga zakryłam usta ręką.To nie mój koń, ale jest mi go szkoda.Patrząc na przesiąkający krwią bandaż zrobiło mi się niedobrze.Wyszłam ze stajni, kierując się w stronę pokoju.Obróciłam się by sprawdzić, czy ktoś za mną nie idzie.Nie szedł.To dobrze.
     Z ulgą rzuciłam się na łóżko.Muszę się przebrać i koniecznie oddać bluzę Dave'owi.Z tą myślą otworzyłam szafę.Wyciągnęłam pierwszą lepszą bluzkę i bryczesy.Przebrałam się.Poczułam, że niekoniecznie chce mi się oddawać bluzę chłopakowi.Chyba się nie obrazi.Zamknęłam drzwi od pokoju i wyszłam.
     Zrobiło się jeszcze chłodniej niż wcześniej.Zdecydowałam, że pójdę w odwiedziny do Alyry.Rudy łeb klaczy powitał mnie zza drzwiczek boksu.Otworzyłam zasuwę i weszłam do środka.Było tam bardzo ciepło.Trzeba rozważyć przeprowadzkę w te rejony.Na myśl o tym, zaśmiałam się sama do siebie.Alyra odpowiedziała mi głośnym rżeniem, przez co zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej.Pogłaskałam ją trochę tak, by się rozluźniła.Już po chwili niemalże spała.
     Wyszłam z boksu w poszukiwaniu uwiązu i derki.Zwinę je z siodlarni.Tylko z której?Najbliższa siodlarnia była w stajni gdzie leżała ranna Sandy.Przy okazji zajrzę do tego biednego zwierzęcia.Ciekawe jak długo zajmie zagojenie się tego?Złamanie nogi u konia to już prawie wyrok śmierci.
     Przy jej boksie stał Dave, ze współczuciem się w nią wpatrując.Długie włosy spływały mu po ramionach.W stajni co prawda było cieplej niż na dworze, ale nadal zimno -a on stał niewzruszony.
-Chodź, nie zamartwiaj się tak -powiedziałam ostrożnie.
-I ty mi to mówisz? -powiedział z uśmiechem.
Zaczerwieniłam się lekko, ale również się uśmiechnęłam.
-To nie ja tu stoję rozpaczając nad rozlanym mlekiem -odgryzłam się.- Lepiej chodź ze mną poszukać derki i uwiązu.
Roześmiał się cicho, by nie wprowadzać poruszenia w stajni, i podążył za mną.
     W siodlarni panował ład, ale z powodu dużej liczby sprzętu nie byłam w stanie znaleźć sprzętu Alyry.Ze złością popatrzyłam się na regał z derkami, jakby był wszystkiemu winien.Może to nie ta siodlarnia?Nie ważne.Zdecydowałam się wziąć pierwszą lepszą derkę z brzegu.Uwiąz zabrałam ze skrzyni obok regału.Kątem oka zauważyłam wolne szczotki leżące na małym stoliku, i zgarnęłam je.Dave nie zdążył dokładnie poprzeglądać derek, gdy ja zadecydowałam o wyjściu.
-Co będziesz teraz robić? -spytał.
Opowiedziałam mu całą historię Alyry, i że ja się nią zajmuję.Przedstawiłam mu także to, jak wyglądał ostatni trening.Potem on mi opowiedział o jego koniach, jak to u niego treningi wyglądają.Ostatecznie temat zszedł na pogodę, ponieważ na niebie zaczęły gromadzić się deszczowe chmury.Rozmowa się urwała, gdy podeszliśmy pod boks mojego rudzielca.Odsunęłam zasuwę i weszłam do środka, ściskając w ręku uwiąz.
-Póki co nie będę jej teraz wystawiać na dwór, bo zbiera się na deszcz -powiedziałam głośno, by Dave mnie usłyszał- Jeżeli chcesz, wejdź do środka.Tylko koniecznie weź szczotki.
     Zaczęliśmy czyścić klacz, rozmawiając o dzisiejszych wydarzeniach.Przede wszystkim o Sandrze i Sandy.Kątem oka spoglądałam na co raz to ciemniejsze chmury, odrobinę ignorując rozmowę z Dave'em.Nie jest dobrze.Mam nadzieję, że warunki atmosferyczne tylko mnie straszą.Oby to nie była jedna z letnich burz.Burza w stajni zawsze oznacza panikę u koni -a przynajmniej u większości z nich.Po za tym, plac piaskowy nasiąka wodą i tworzy się błoto.Zanim to wyschnie...
-Słuchasz ty mnie w ogóle? -Dave zaczął się upominać.
-Tak, tak, słucham.Tylko zastanawiałam się czy te ciemne chmury zwiastują burzę. -w zasadzie to kompletnie go nie słuchałam- No, chyba koń jest czysty, i jeszcze nie pada.Oby nie padało.Możemy iść z nią na padok.Dziś nie czuję się na siłach żeby trening robić.
-W porządku, chodźmy.
     Otworzył drzwi boksu, i wziął w rękę derkę, by za chwilę narzucić ją na wierzchowca.Odwiązałam uwiąz, i zaczęłam wychodzić na zewnątrz.Po dosłownie trzech krokach, klacz stanęła jak wryta w ziemię.Skuliła uszy, uniosła i cofnęła łeb.W oczach pojawiło się białko.Zaczęła cicho rżeć.Czy czegoś się boi?Może to jakiś jej kaprys?Gdy chciałam spytać Dave'a o opinię, rozległ się głośny huk.Grzmot przeciął ciszę nieba z nadwyżką.Alyra stanęła dęba.Sama nie wiem czemu, ale byłam lekko oszołomiona tym, co właśnie się stało.Uwiąz sam mi się wyślizgnął z ręki, ale ja stałam jak słup soli.Wpatrywałam się w konia jak w jakieś bożyszcze ludu, świętą krowę, albo jeszcze co innego...
     Czyjeś ręce złapały mnie za ramiona, i odciągnęły do tyłu.Instynktownie zaczęłam co raz szybciej się cofać, aż w końcu wyszłam za boks.Wszystko to działo się tak szybko.Oprzytomniałam, gdy zasuwa boksu szczęknęła głośno.
-Nic ci nie jest? -spytał Dave.Spokojne, brązowe oczy były teraz wyjątkowo zatroskane.Patrzyły się wprost na mnie.Miło było to odwzajemnić.
-Wszystko w porządku -dłonie mi się trzęsły- Takie odnoszę wrażenie.
-To dobrze -oczy zaczynały się uspokajać- Już się bałem, że dostałaś z kopyta w głowę.
-Normalnie też myślę, że koń mnie kopnął.Przy urodzeniu.
     Zaczynamy się oboje śmiać.Mimo ciepłej bluzy chłopaka zaczynam się trząść z zimna, więc ten mnie przytula.Jeszcze chwilę drżymy śmiejąc się i przytulając.Dawno nie doświadczyłam takiego uczucia.Zatopiłam twarz w jego długich, czarnych włosach.Pachniał męskim dezodorantem.Lubię ten zapach.Dosyć już przytulania, trzeba było ogarnąć konia, który wierci się niespokojnie w boksie.Zrobiło się odrobinę niezręcznie.
-Trzeba tego rudzielca uspokoić -zaczęłam- Co robimy potem?
-Nie ma sensu wyciągać koni, zbiera się na burzę -powiedział spoglądając w niebo- Pomogę ci przy Alyrze, a potem pójdziemy po Rutę, która jest na pastwisku.Jeżeli się zgadzasz.Skinęłam głową w wyrazie aprobaty.

Rozdział 13

     Czekałyśmy na Alicję z szybko bijącymi sercami.Konie rżały nerwowo, ale w naszym towarzystwie panowała grobowa cisza, przerywana płaczem Sandry.Jej maskara kompletnie się rozmyła, tworząc czarne smugi na policzkach.Na kolanach trzymała łeb swojej klaczy, która nierówno dyszała.Z nogi zwierzęcia ciekła krew.
     Po co musiała się jak zwykle chwalić?Ja pytam po co?Musiała jak zwykle, dla pokazania wyższości wbiec do wody w pełnym galopie.Cała reszta dziewczyn potrafiła wejść normalnie, ale nie ona jedna.Głupia koza.Zrobiła krzywdę zwierzęciu dla zaimponowania...nam?komu?samej sobie?
     W oddali już majaczyły dwa cienie-Pauli i Alicji.Trenerka zapewne jechała na swoim młodym rumaku,a Paula na Trevorze.Mimo to jej staruszek dawał radę.Niebo powoli zaczynało się chmurzyć, co dodawało grozy obecnej sytuacji.Spora część piachu na plaży była zakrwawiona.Czerwone plamy dało się zobaczyć wszędzie.Chmura przysłoniła słońce.
     Alicja i Paula zahamowały tuż obok mnie.Obie miały poważny wyraz twarzy.Zmarszczki w okolicach brwi trenerki świadczyły o złości.Z kieszeni bluzy wystawały bandaże.W torbie przewieszonej przez ramię zapewne była podręczna apteczka.Paula przytrzymała wodze konia instruktorki, gdy ta zeskakiwała.Popatrzyła się bez słowa na Sandrę, a potem na nogę klaczy, i otworzyła szeroko usta.
-Odsuńcie się! -nakazała- Jak to się stało?Ktoś mi to zechce wytłumaczyć?!
-Sandra wbiegła do wody w pełnym galopie -zaczęła Mela- Potem zahaczyła się o gałąź, a może potknęła o kamień...
     Okaleczone zwierzę próbowało wstać na widok zbliżającej się Alicji.Klacz upadła, i zarżała z bólu.
-Weterynarz jest już w drodze, przytrzymajcie ją.
Sierść na nodze była cała namoczona krwią, do tego pozlepiana.Od spodu była w piachu.Kończyna była wygięta pod nienaturalnym kątem.Jest źle -pomyślałam- Ale Alicja jest chyba bardziej zła, niż stan tej nogi...
     Jak na zawołanie przyjechał weterynarz wraz z Robem.Do dużego jeepa była dołączona przyczepa do transportu zwierzęcia.George-bo tak nazywał się weterynarz- pospiesznie pobiegł w stronę rannego konia.Akcja ratunkowa zaczęła się bardzo szybko.Na początku opatrzono ranę, i zabandażowano ją.Wstępna diagnoza nie wyglądała dobrze...Po krótkich badaniach musieliśmy przełożyć klacz do przyczepy.Biedna Sandy, musi się męczyć przez ludzką głupotę.
-Z tobą sobie jeszcze porozmawiam, moja panno. -rzuciła Alicja w stronę Sandry, wchodząc do przyczepy.
     Dziewczyna była jeszcze zbyt oszołomiona, żeby odpowiedzieć cokolwiek.Z trudem udało ją się przekonać, by wsiadła na konia trenerki.Powoli udałyśmy się do stajni.Słońce ani myślało wyjrzeć zza chmury.Robiło się chłodno.Od Roba dostałyśmy koce, żeby się nie przeziębić.Włosy oblepiały mi twarz.Czasami nie cierpię tego, że są długie.
     Po całkiem długiej przejażdżce w końcu stanęłyśmy pod stajnią.Gdy próbowałam przekonać Sandrę, by zeszła z konia, podszedł do mnie wysoki chłopak.Miał długie, kruczoczarne włosy, krótką bródkę i duże, brązowe oczy.
-Hej, jestem Dave -powiedział z uśmiechem- Ty jesteś Paula?
-Nie, Paula powinna być teraz w stajni. -Czego on mógł chcieć?
Aromat próbował mi się wyrywać, a ja musiałam trzymać konia Alicji, i jeszcze gadać z jakimś Dave'em.Czemu to bydlę nie może ustać w miejscu?Zauważył to nowo poznany chłopak.
-Może ci pomóc? -spytał lekko uśmiechając się.
-Chętnie -rzuciłam chyba zbyt oschle.
     Bez słowa wziął ode mnie wodze, i odszedł w stronę płotu by przywiązać wierzchowca.Ja wróciłam do przekonywania Sandry, by zeszła na ziemię.Za którymś razem dała się namówić.Trzęsła się z zimna, więc oddałam jej swój koc.Wraz z Zosią odesłałam ją do pokoju, by się ogrzała.Sama dostałam gęsiej skórki, ale wreszcie mogłam iść się zająć końmi.Dave wracał od przywiązanego już Aromata.
-Dzięki za pomoc -powiedziałam.- Właściwie, co tutaj robisz?
-Jestem siostrzeńcem Alicji -zaczął ściągając bluzę- Masz, nałóż to na siebie.Będzie ci cieplej.
     Normalnie bym odmówiła, nie ruszy mnie żaden lovelas.Tym razem faktycznie zamarzałam.Skinęłam głową na znak podziękowania.Od razu cieplej.
-Moja ciotka pomaga mi w treningu mojego konia,Rafaela. -kontynuował- Taki siwy ogier pełnej krwi angielskiej, może go widziałaś.
-Zdaje się, że go widziałam.Bardzo ładny -powiedziałam ruszając w stronę stojącego przy płocie Aromata.Chłopak podążył za mną.
     Dave podążał za mną na każdym kroku, rozmawiając o koniach.Ma dwa konie- jedną klacz śląską, imieniem Ruta, i ogiera- anglika, Rafaela.Jeden jest w pełni zajeżdżony, i służy mu do rekreacji, drugiego trenuje na wyścigi.Mieszka niedaleko, jest w klasie maturalnej.Całkiem miły ten Dave.
-Wielkie dzięki za pomoc przy koniu -powiedziałam- Jeżeli ci się nudzi, możesz mi pomóc także przy dwóch innych koniach.
-Z przyjemnością.
     Konie Zosi i Meli, jak zwykle spokojnie dały wszystko przy sobie zrobić.Oba gniadosze stały wyczyszczone.Jako, że zapowiadała się zimna noc, zarzuciliśmy im derki stajenne.Teraz trzeba iść się zorientować co z Sandy...

wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 12

     Aromat był czysty i ubrany w cały sprzęt.Prezentował się świetnie.Miałam jeszcze dziesięć minut by pobiec po toczek do biura dziadka.Natalia wiernie mi towarzyszyła dzisiejszego dnia.Gdy biegłam po kask, ona trzymała mojego konia.Jest bardzo dorosła jak na jedenastolatkę.Przy okazji jest nieocenioną pomocą.Biegnąc do biura przypomniałam sobie o mojej obietnicy dla Natalii.Miałam jej przecież załatwić nowego wierzchowca.Obgadam to z dziadkiem po jeździe.
-Hej dziadku! -krzyknęłam na progu.
-Witaj moje dziecko -jak zwykle odpowiedział staruszek.
-Przybiegłam tylko po toczek, ale po jeździe chciałabym z tobą omówić pewną sprawę.
     Żeby dziadek wiedział o co chodzi, poinformowałam go w skrócie w czym rzecz, i wybiegłam z biura.Dzień był wyjątkowo ciepły, wręcz upalny.Nie wiem jak ja przeżyję tą jazdę.
     Aromat wiercił się niespokojnie przy płocie, co jakiś czas unosząc łeb w górę.Przeplatał nogami jakby go coś gryzło.Zza chmur wyszło słońce, oświecając cały kompleks stajni.
-Dziękuję za potrzymanie go-zwróciłam się do Natalii-jesteś nieocenioną pomocą.
-Nie ma sprawy-odpowiedziała uśmiechając się.
     Wsiadłam na grzbiet srokacza.Koń pod moim ciężarem cofnął się parę kroków do tyłu.Napięłam wodze i ruszyliśmy do przodu.Ja na koniu i Natalia tuż obok.Rozmawiałyśmy o dzisiejszym upale,o moim wierzchowcu i o Jedzie.Ostatecznie temat zszedł na kolor kompletu Aromata.Okazało się, że Natalia jest znawcą firm produkujących komplety dla koni.
-To duńska firma, Smuk Hest bodajże.Została zamknięta około pięć lat temu.
Jej wiedza mi imponowała.Ja w życiu bym nie odgadła żadnej firmy.Gdy dojechałam do płotu placu treningowego pożegnałyśmy się,i weszłam do środka.
     Paula,Mela,Zosia i Sandra dopiero wsiadały na swoje wierzchowce.Alicja czekała siedząc na drągu.Wszystkie konie miały na sobie zwykłe, brązowe czapraki; na nogach nie miały ochraniaczy.Z wyjątkiem konia Sandry, oczywiście.Jej klacz miała na sobie różowy zestaw, oraz czarny rząd jeździecki.Sama dziewczyna ubrana była w tych samych barwach.
-Zaczynamy trening!-krzyknęła Alicja.
     Tradycyjnie rozgrzewka zaczęła się dziesięcioma minutami stępa.Potem przyszedł czas na kłus.Aromat nie chodził tak gładko jak Lucyfer.Jego ruchy były ciężkie i pozbawione gracji.Dodatkowo rzucał głową w górę i w dół na przemian.Ustawienie i przytrzymanie go zajęło całą wieczność, przysięgam.Zaczęły się galopy.Wszystkie konie szły normalnie, ale nie on jeden.Próbował targać wodzami, i na siłę musiałam go przytrzymywać.Wolty również nie przynosiły skutku.Alicja kazała mi się zatrzymać, i zapięła wypinacze.Bez galopu nie ma skoków -pomyślałam.
-Dobrze wiesz, że nie możesz skakać z wypinaczami -powiedziała Alicja powoli odchodząc od konia- więc radzę ci go szybko zebrać.
     Miała rację;ale jedno mówić, drugie robić.Wyjechałam sama na ślad, wzburzając piach z placu.Aromat niespokojnie wbiegał między obłoki, tworząc nowe.No dalej koniu-pomyślałam-nie mamy wieczności.Obawiałam się galopu po raz pierwszy od bardzo dawna.
    Obawy tym razem okazały się niesłuszne.Koń nadal chodził sztywno i ciężko, ale przynajmniej galopował.Co chwilę dociskałam łydki do boków zwierzęcia, by biegł dalej.Rozluźnienie go zajmie wieki.Mam nadzieję, że choć trochę uda mi się poskakać.Sama nie wiem, dlaczego mi go przydzielono.
-Aromat do środka! -krzyknęła Alicja.
     Na znak trenerki wjechałam do środka.Z pyska wierzchowca toczyła się piana, a po szyi spływały strużki potu.W niektórych miejscach czerwony czaprak zmienił barwę na szkarłatną, a jasnoszare umaszczenie sierści było teraz niemalże czarne.Powietrze było ciężkie i wypełnione kurzem, a z nieba lał się żar.Sama byłam cała mokra.Minimalnym ukojeniem był lekki wiatr i cienie drzew wokół placu.Aromat sapał bardzo głośno, i szarpał łbem.Najwidoczniej domagał się odpięcia wypinaczy.
-Drogie panie, obawiam się, że jest za gorąco na skoki -rzuciła Alicja wyzwalając srokacza ze sprzętu.- Dlatego też kończymy jazdę i jedziemy nad staw pławić konie.
     Wprost cudownie-pomyślałam-szarpałam się z domniemanym koniem skokowym tylko po to, żeby potem na nim nie skakać.Pocieszeniem było to, że już za chwilę miałam się pluskać w stawie.Chociaż tyle dobrze.Upał był niemiłosierny.Zarówno konie jak i dziewczyny byli zlani potem.Ciuchy kleiły się do ciała, a pod toczkiem utworzyło się istne piekło.
-Za piętnaście minut zbiórka przy myjce! -krzyknęła Alicja.
     Wszyscy pospiesznie wchodzili do stajni by znaleźć się w chłodzie.Mokre czapraki i rozgrzane siodła stygły powoli na wieszakach.Konie zostały wprowadzone do boksów, by można było skoczyć do pokoju przebrać się w krótkie spodnie, stroje kąpielowe i klapki.
     Równo z czasem wszystkie stałyśmy przy myjce.Jak zwykle mojej uwadze nie umknął wygląd Sandry- cekinowe bikini w kolorze chabrów, klapki w takim samym kolorze oraz jeansowe spodenki.Brązowe włosy miała spięte wysoko w kitkę.Na jej rzęsach był conajmniej litr maskary.Ciekawe, czy wodoodporna.
-Na koń!-powiedziała Alicja wychodząca zza rogu.
     Za nią szedł siwy koń, z wodzami przerzuconymi na szyję.Koń sam w sobie nie byłby nadzwyczajny, gdyby nie jego kruczoczarna grzywa i ogon.Ponad to jedno oko miał niebieskie, a drugie brązowe.Gdy obrócił się bokiem zobaczyłam w całości jego sportową sylwetkę.Długie nogi i pęciny, skośna łopatka oraz umięśniony zad.Miał prosty, rzymski profil głowy.Sierść była zadbana i lśniąca.W połowie wysokości między kręgosłupem a brzuchem widać było żebra.Na grzbiecie odciśnięty był ślad małego siodła.Zapewne jest koniem wyścigowym, który właśnie wrócił z treningu.
     Wszystkie dziewczyny siedziały już na koniach -z wyjątkiem mnie,rzecz jasna.Miałam spory kłopot z wejściem na grzbiet wysokiego srokacza, który mi tego zadanie nie ułatwiał.Kręcił się i przebierał nogami, co chwilę zmieniając pozycję.Alicja roześmiała się, i mi pomogła.Wkrótce cała nasza szóstka z trenerką włącznie siedziała na grzbietach rozgrzanych koni.
-Paula, prowadź -powiedziała Alicja- tylko jeszcze po coś skoczę.
      Trevor -bo tak nazywał się koń Pauli- ochoczo ruszył do przodu.Srokacz musiał być przytrzymywany przez dziewczynę, ponieważ rwał się do galopu.Zupełnie jakby wiedział gdzie jedzie.Po chwili zrównałam się z Paulą i postanowiłam ją zagadać.
-Ile lat ma twój koń? -zaczęłam- Jest bardzo żwawy jak na taką pogodę i trening.
-Trevor? -zaśmiała się Paula- to stary dziadek, ma osiemnaście lat.
Po zwierzęciu nie było widać oznak starości.Jego oczy lśniły, uszy były nastawione do przodu, głowa dumnie uniesiona.Na ciemnych plamach sierści nie było widać oznak siwizny.
-Naprawdę? -wciąż nie dowierzałam- nic po nim nie widać.
Okazało się, że nie jestem jedyną osobą, która nie dowierza.Srokacz naprawdę dobrze się trzymał, i wyglądał.Tego samego nie można było stwierdzić o koniach Meli i Zosi, które wyglądały na ospałe i szły z opuszczonym łbem.
-To bliźniaki -zaczęła Paula widząc mój wzrok na koniach dziewczyn- Morela i Draco mają pięć lat.Ich matka zmarła przy porodzie.Pamiętam to, jakby było wczoraj.Wykrwawiła się, zostawiając ślady w całym boksie.Do teraz siedzi mi w głowie widok czerwonej ściółki, a w uszach słyszę to bolesna rżenie.Naprawdę coś okropnego.Nie życzę ci, żebyś co takiego zobaczyła.
-Domyślam się, że to było straszne.I myślę, że nie chciałabym czegoś takiego oglądać.
     Rozmowa się urwała, ponieważ na horyzoncie było już widać staw.Zbiornik był otoczony przez las z trzech stron.Z przodu była mała plaża, która stanowiła wejście do wody.Swoją drogą nie była zbyt przejrzysta.
-Co by powiedziała Alicja, gdyby tutaj była? -zastanawiała się głośno Paula- nie wbiegajcie do wody na pełnym gazie, i bądźcie ostrożne -podsumowała.
     Aromat ku mojemu szczęściu uwielbiał wodę.Wszedł do niej bezproblemowo, i zaczął się szybko zanurzać.Woda była chłodna i rześka.Pławiąc się w niej niemal nie dostrzegało się słońca, które paliło skórę jak ogień.Koń szedł powoli, bez żadnych zrywów.Oderwał się od dna energicznie przebierając nogami.Nad wodę wystawał tylko jego łeb i moja głowa.Zawróciłam go, by nie oddalał się zbytnio od brzegu.Gdy tylko znów zaczął stąpać po dnie zawołałam dziewczyny, które niepewnie zanurzyły się w wodzie.
-Na co czekacie? -krzyknęłam- chodźcie głębiej!
Jak się później przekonałam-to był błąd.

czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział 11

     W barze już od progu unosiła się słodka woń racuchów.Trzeba by coś przemycić, zanim wszyscy je zjedzą.Wchodząc do kuchni niemal wpadłam na kucharkę.Zarumieniona przeprosiłam,i poprosiłam o talerz racuchów-dla siebie, i dla Natalii.
     W pomieszczeniu nie siedział nikt mi ani dziewczynce znany, więc usiadłyśmy przy osobnym stoliku dla trzech osób.Dopiero teraz przyjrzałam się wystrojowi wnętrza-ciemne drewniane stoły i krzesła, zielone poduszki, obrusy i zasłony.Na środku stoliku stała mosiężna figurka dębującego konia.W rękach trzymałam dwa talerze wypełnione racuchami po brzegi.Jeden podałam Natalii, która od razu podjęła rozmowę.
-Widziałam, że spodobał ci się Jed i jego koń.
Spostrzegawcza jak na jedenastolatkę.W sumie nie znam tego chłopaka-nie powiem jej, że mi się podoba.
-Bardzo spodobał mi się jego koń -odpowiedziałam,z nadzieją,że nie pociągnie tematu chłopaka.
-Hrimfaxi, dziewięcioletni holsztyn -powiedziała- widziałam tabliczkę.
-W której stajni stoi?
-Stoi z tyłu stajni angielskiej.Obok myjki.
Właśnie złapałam się na myśleniu o tym, że muszę częściej myć konie.Naprawdę -nie wiem,co mnie tak do tego chłopaka ciągnęło.
-Jed to chłopak, który jeździ na mistrzostwa świata w ujeżdżeniu.
-A to skąd wiesz?
-Na tabliczce była rozeta, z Niemiec bodajże. 
Jeszcze potem chwilę rozmawiałyśmy o ujeżdżeniu,o holsztynach no i jak jutro zaplanuję dzień z Alyrą.Wstając od stołu spytałam Natalię,czy mi jutro pomoże z klaczą.Otrzymałam odpowiedź pozytywną.Pożegnałyśmy się, odniosłam talerz i wyszłam z baru.
     Był na placu treningowym.Znów piękno, od którego nie można było oderwać oczu.Wysoka akcja kończyn w kłusie, koń zebrany.Blask słońca odbijał się na kruczoczarnej sierści konia.Mokre plamy na sierści świadczyły o intensywnym treningu.Jeździec sprawiał, że koń tańczy.
     Czasu na rozmyślania było niewiele, ponieważ zaraz czekała mnie jazda z Alicją.Dzisiaj miałam jeździć na nowym koniu, który nadawał się na wysokie przeszkody.To dopiero trzeci dzień w tej stajni, a ja już mam zmienionego konia.
     Wraz z Natalią weszłyśmy do stajni w której panował ruch.Konie były przygotowywane na popołudniową jazdę, a te z poprzedniej powoli wychodziły na myjkę.W stajni jak zwykle można było czuć sodki zapach słomy i sierści końskiej.Włączono wszystkie lampy, więc było jasno.W luce między koniami dostrzegłam krzątającą się Alicję.Po chwili ona również mnie zauważyła,machając ręką.Razem z Natalią podeszłyśmy do niej.
-Jak dobrze, że w końcu jesteś! -powiedziała- Twój wierzchowiec czeka w angielskiej stajni.Tej z widokiem na padoki.
     Koń nazywał się Aromat.Był pięknej maści- myszatej tobiano.Miał siedem lat.Rasa nieznana.Po wyprowadzeniu z boksu prezentował się zaskakująco dobrze.Proporcjonalna sylwetka z rozbudowaną klatką piersiową, kształtne kopyta i smukłe nogi.
     Zwierzę przyjaźnie nastawiło uszy do przodu, wypuszczając z nozdrzy ciepłe powietrze.Dał się przywiązać bez trudu.Szczotki leżały pod boksem, ale po rząd jeździecki trzeba było pójść.Poprosiłam Natalię, aby zaczęła go czyścić i sama poszłam po sprzęt.Idąc w stronę siodlarni, zza rogu wyłonił się czarny łeb konia.Jeżeli jest koń, będzie jeździec.Czułam, że moje policzki nabierają barwy soczystej czerwieni.O dziwo nikt nie szedł za koniem.Na dodatek zwierzę było bez siodła.Wierzchowiec sam wszedł do boksu, ponieważ drzwi były otwarte.Na nogach był odbity ślad bo owijkach.
     Postanowiłam iść dalej, nie zważając na to co się działo.Mój cel był już blisko.Nagle koń zarżał głośno.Obróciłam głowę...i wpadłam na Jeda.Złapał mnie za ramiona tak, bym nie upadła.
-Wszystko w porządku? -spytał z cieniem troski w oczach.
-Tak, dziękuję.
Nie pociągnęłam rozmowy i go wyminęłam.Byłam czerwona jak burak.Z karkiem zwilżonym od potu poszłam do siodlarni.
     Pomieszczenie było skąpane w pół mroku ;było wypełnione zapachem skóry.Odnalazłam wieszak z imieniem mojego konia.Na lewym puślisku ktoś zaczepił paczkę czerwonych ochraniaczy, komponujących się z czaprakiem i przy okazji z moimi policzkami, które były jeszcze rozpalone.Po krótkich oględzinach sprzętu zobaczyłam, że na naczółku ogłowia są czerwone diamenciki.Ktokolwiek ufundował mu ten sprzęt, naprawdę musiał kochać zwierzę.Mój dziadek bardzo dba o konie, ale nie wydaje mi się, by kompletował kolorowe zestawy.Wzięłam wszystko i wyszłam.Miałam cichą nadzieję, że chłopaka już nie będzie przy koniu.Mijając róg stajni była ucieszona -moje życzenie spełniło się.

Rozdział 10

     Koń stał już w pełnym sprzęcie, i był widocznie spięty.Ostatni raz sprawdziłam,czy wszystko leży poprawnie i nie uciska zwierzęcia.Zaczęłam ją lonżować.Na początku szła powoli, starając się zadrzeć głowę do góry- wodze pomocnicze i chambon to był świetny pomysł.W upływie czasu zaczęła się rozluźniać i opuszczać głowę.Co jakiś czas dawała znać, że jeszcze pamięta jak się bryka.Jej szyja nie była jeszcze poprawnie ułożona, ale popracujemy nad tym.Kopytami szurała ostro i niedbale po piachu.Za jakiś czas wprowadzę cavaletti.Mimo całego rozdrażnienia i zmęczenia, jedyne co jej wychodziło idealnie to galop-zarówno zebrany jak i wyciągnięty.Byłam z niej bardzo zadowolona.Postanowiłam zakończyć trening.
     Zmachany koń podszedł do mnie bez żadnego oporu.Poszłam z nią do płotu i przywiązałam ponownie.Pot cieknął z niej strużkami.Natalia pomogła mi odpiąć wodze, chambon i pas.Dobrze, że ją spotkałam.Dziewczynka zaproponowała,byśmy ją umyły.Pas schnął na płocie, podczas gdy my szłyśmy na myjkę.
-O której godzinie jeździsz?-zagadnęłam Natalię.
-Zawsze jeżdżę rano u Roba, a ty?
Odpowiedziałam, że jeżdżę po południu u Alicji.Droga na myjkę, która okazała się być tuż za jedną ze stajni angielskich.Kolejki nie było, więc od razu zabrałyśmy się za mycie klaczy.Jak się już na początku okazało-koń wprost ubóstwiał wodę! Alyra chciała pić ze szlaufa, cały czas go trącała.Podczas mycia pyska rozchylała zęby,by się napić.To naprawdę musiał być kiedyś jeden z najlepszych koni w szkółce.Klacz bezproblemowo dała się umyć.Teraz trzeba było z nią pochodzić,żeby wyschła.Słońce wręcz paliło, więc koń powinien być suchy w sekundę.
     Razem z Natalią chodziłyśmy za stajniami, obok padoków, wokół placu treningowego.Alyra była sucha i-o dziwo-nadzwyczaj spokojna.Wprowadziłam ją do boksu, zamieniłam ogłowie na kantar i razem z dziewczynką poszłyśmy na poszukiwanie owsa, ponieważ zbliżała się pora obiadu koni, a ja chciałam ją osobiście nakarmić.
     Skład owsa znajdował się obok siodlarni.W środku był stajenny zajmujący się pakowaniem owsa na taczkę.
-W czymś wam mogę pomóc dziewczęta?
Idąc w stronę boksu mojej podopiecznej z miarką owsa w ręce, Natalia wytłumaczyła mi, że to Marian- najmilszy i jednocześnie najstarszy  ze stajennych.Przy okazji dowiedziałam się, że dziewczynka jeździ tutaj cztery lata.
     Rudy łeb wyglądał przez drzwi boksu z nastawionymi uszami.Zaczynała mnie poznawać.Otworzyła zasuwę drzwiczek, i weszłam do środka.To co zobaczyłam dosyć mnie zaskoczyło.Koń topił się w brudnej słomie.Niedawno ją czyściłam, a nogi do stawu skokowego miała ubrudzone gnojem.Muszę ją wyprowadzić i poprosić kogoś o wymianę słomy.
     Wtedy go zobaczyłam- ten sam chłopak co wczoraj, ten sam kruczoczarny rosły koń.Biały czaprak, białe owijki i czarny rząd jeździecki.Wyglądali wprost oszałamiająco.Nie chciałam, żeby Natalia widziała zainteresowanie do tamtej pięknej pary z mojej strony.
-Idźmy na obiad-powiedziałam tylko.
-Zdecydowanie jestem za!-odparła wesoło dziewczynka.
Poszłyśmy.

Rozdział 9

     Alyra wyglądała przed drzwi boksu,niespokojnie kiwając głową.Cofała się i szła na przód, na zmianę przebierając nogami.Gdy podeszłam do niej, uniosła rudy łeb obracając go w prawo.W jej oczach pojawiły się białka.
     Chciałam ją wyczyścić, ale nigdzie nie było uwiązu.Na szczęście lonża wisiała tam gdzie ostatnio.Wzięłam ją, i bez trudu zapięłam na czerwonym kantarze.Gdy otworzyłam boks,klacz rzuciła się do przodu, wpadając na mnie.Siedząc na ziemi ledwo utrzymywałam długi sznur,zaczepiony na kantarze rozjuszonego konia.Szybko wstałam, starając się przemieścić klacz w stronę placu treningowego.Brama była otwarta,więc udało się-koń był w środku.Tylko jak ja teraz przyniosę szczotki ze stajni?
     Obok przechodziła jakaś dziewczynka,więc poprosiłam ją o pomoc jednocześnie wiążąc Alyrę do płotu.
-No pewnie, zaraz ci je przyniosę!- odparła dziewczynka.
Klacz rzucała się bezskutecznie próbując uwolnić od węzła.Starałam się ją uspokoić poprzez ostrożne głaskanie, ale wychodziło nijako.Westchnęłam z bezsilności.Chwilę potem roześmiana dziewczynka przyniosła mi zgrzebło,szczotkę ryżową i kopystkę.
-Dziękuję ci bardzo -powiedziałam- jak się nazywasz?
Dziewczynka nazywała się Natalia,miała jedenaście lat i swojego konia w stadninie.Była przyszywaną siostrą Sandry.Szczotkując zdenerwowaną jeszcze klacz, podjęłam temat jej siostry.
-Widziałam,że twoja siostra kupiła sobie nowego konia?-rzuciłam-Na pewno był bardzo drogi.
-Tak,ojciec sprowadził jej go z Francji-smutno spuściła wzrok.-Mi nie pozwala mieć więcej niż jednego kuca.
Współczułam jej.Nie z powodu ilości koni, ale z powodu ojca.Sandra była widocznie faworyzowana.
-Wiesz,to jest stadnina mojego dziadka-zaczęłam-jeżeli chciałabyś,mogę ci załatwić konia.
-Naprawdę?-z niedowierzaniem spytała Natalia-to nie byłby problem?
-Naprawdę.Jeżeli chcesz, pójdę w tej sprawie do dziadka już dzisiaj.
Dziewczynka zarumieniła się.W oczach miała iskierki.Cieszyłam się, że mogę spełnić jej marzenie.Z dalszej rozmowy wynikało,że jej kuc jest już dla niej za mały a ojciec nie chce o tym słyszeć.Jej marzeniem jest duży kuc lub mały koń.Brązową Odznakę zdała w zeszłym roku, a ojciec nie chce jej sfinansować Srebrnej Odznaki.Natalia jest adoptowanym dzieckiem,dlatego ma gorzej.Intrygowała mnie jej otwartość.
-Spędzisz tutaj całe wakacje?-spytałam.
Odpowiedziała pozytywnie.Przynajmniej jest jeszcze jedna osoba oprócz mnie, która będzie tutaj siedzieć dwa miesiące.Uśmiechnęłam się na tą myśl.
-Wygląda na to, że koń jest już czysty-powiedziałam-czas przejść do lonżowania.
Poprosiłam Natalię, żeby się odsunęła gdy odwiązywałam Alyrę.Dziewczyna od razu podała mi bat,nie musiała jej nawet prosić.
     Zaczęło się.Alyra szła jak burza, brykała jak opętana.Dałam jej się wyżyć, ale już potem zaczynał się trening.
-Przydałby jej się sprzęt do lonżowania-powiedziała Natalia.-jeżeli chcesz, mogę go przynieść.
-Świetny pomysł, leć!
Odprowadziłam ją wzrokiem aż do bramy.Faktycznie, bez tego nie wiele zdziałam z tym koniem.Chociaż po całkowitym uspokojeniu się klacz chodziła gładko, tylko na kantarze i lonży.
     Po chwili zdyszana dziewczynka przyniosła cały sprzęt do lonżowania-ogłowie, pas, owijki, wodze pomocnicze i chambon.To wszystko rozwiesiła na płocie.Z niepewnością spojrzałam na te rzeczy- czy klacz da je sobie nałożyć?Szczególnie obawiałam się ogłowia.
-Będzie ciężko -powiedziałam do Natalii.
-Damy radę-entuzjastycznie odpowiedziała- od czego zaczynamy?
     Zaczęłyśmy od owijek.Koń stał spokojnie, więc trzeba to było wykorzystać.Chwilę potem założyłyśmy pas.Przyszedł czas na ogłowie.Słusznie się tego obawiałam.Alyra rzucała łbem w górę mimo kantaru.Próbowała nawet dębować.Ostatkiem sił nam się udało je włożyć.Jeszcze tylko chambon i wodze pomocnicze...

środa, 23 lipca 2014

Rozdział 8

     Południe zapowiadało się świetnie.Było trochę pochmurnie, ale na deszcz się nie zanosiło.Powietrze było świeże i rześkie.Byłam umówiona na jazdę o godzinie piętnastej.Miałam jeszcze całą godzinę, wiec postanowiłam pójść do Lucyfera, i porządnie go wyczyścić.Co prawda nie wiem, gdzie jest siodlarnia i gdzie trzyma się narzędzia do oporządzania, ale myślę, że ktoś będzie w stajni.
     Wnętrze stajni było ciemne mimo kilku lamp.Jak zwykle słychać było pochrapywania koni.Można było wyczuć słodki zapach słomy i końskiej sierści.Przez chwilę upajałam się tym wszystkim,stojąc tuż przy wejściu.W środku było absolutnie pusto- żadnych jeźdźców, obsługi stajni czy turystów.W głębi duszy poczułam się samotna, tak jak w Norwegii.Przypomniały mi się wszystkie południa spędzone tylko z końmi.Cisza przerywana rżeniem koni.Na szczęście teraz jestem w Polsce, nie jestem sama.Mam Paulę, Alicję, dziadka. Na pewno poznam jeszcze wielu ludzi.Na myśl o tym rozchmurzyłam się.
     Szłam przez korytarz stajni oglądając wierzchowce.Wiele z nich to oldenburgi, bądź inne rasowe konie.Na końcu, po lewej stronie czekał na mnie Lucyfer. Poczciwy, zgrabny Lucjan.Na jego widok resztki wspomnień rozwiały się kompletnie.Przy boksie na ziemi leżało pudełko ze szczotkami, a wyżej na wieszaku siodło wraz z ogłowiem.Uwiąz przywiązany był do krat boksu.Po odwiązaniu go rozsunęłam drzwi i weszłam do środka.Lucyfer przyjaźnie nastawił uszy do przodu, pochylił głowę i zarżał, mącąc ciszę.Nie będę go wiązać, bo po co? I tak stoi grzecznie.Wzięłam zgrzebło w rękę i zaczęłam go szczotkować kolistymi ruchami.Potem całą sierść przeczesałam szczotką ryżową,usuwając kurz.Sprawdziłam mu kopyta i zabrałam się za kiełznanie.Nie chciałam mu jeszcze nakładać siodła, w końcu miałam jeszcze całe pół godziny.Po krótkim namyśle wyprowadziłam go na zewnątrz w poszukiwaniu pustego padoku.Obeszłam stajnie dookoła,ale na każdym padoku znajdowały się jakieś konie.Trochę czasu mi na tym zeszło.Po spojrzeniu na zegarek zobaczyłam, że do jazdy zostało zaledwie dziesięć minut.
     W stajni były wszystkie dziewczyny oprócz Sandry.Srokacz Pauli był już osiodłany,konie Meli i Zosi tak samo.Dziś Alicja obiecała nam skoki.Nie mogłam się doczekać.
-Gdzie księżniczka? -spytałam.
Odpowiedziała Paula,ponieważ Mela i Zośka zajęte były nabłyszczaniem koni, Bóg jeden wie po co.
-Księżniczka?Dziś pojedzie na swoim rumaku za milion dolarów, który stoi w stajni angielskiej.
-Za milion?W takim razie co to za koń? -rzuciłam,nakładając Lucyferowi siodło.
-Jakiś rasowy,sprowadzony dwa dni temu.Poniekąd ze świetnej hodowli.
Nie pytałam już o nic więcej.W duchu miałam nadzieję,że spadnie z tego konia.Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się.
      Wszystkie cztery skierowałyśmy się na plac treningowy.Sandry o dziwo tam nie było.Może ma zamiar zrobić wielkie wejście?To zdecydowanie w jej stylu.Podczas tych przemyśleń nawet nie zauważyłam kiedy znalazłam się w siodle.Rozejrzałam się dookoła,i wtedy ją zobaczyłam- czerwone bryczesy,czarna zwiewna bluzka dopasowana do skórzanych czapsów i sztybletów.Prowadziła okazałą, gniadą klacz, która na sierści miała jasne przebłyski.Na koniu było czarne siodło skokowe,a pod nim czerwony czaprak.Nogi zwierzęcia owinięte były ciemnoczerwonymi owijkami.Do skoków?Chyba bardziej zależało jej na wyglądzie a nie chronieniu konia przed obiciami.
     Gdy dziewczyna z poczuciem wyższości wymalowanym na twarzy usiadła w siodle, Alicja zaczęła trening, wydawając polecenia.Lucyfer chodził gładko tak jak ostatnio.Po porządnej rozgrzewce przyszedł czas na skoki.
-Selle français są najlepsze do skoków!-rzuciła Sandra.
Przyznam, irytowała mnie o wiele bardziej niż poprzednim razem.Zobaczymy,jak ten jej koń się sprawdzi.Zaczęliśmy od niskich przeszkód,około pięćdziesięcio-centymetrowych.Lucjan sprawdzał się idealnie, jednak gdy przyszedł czas na przeszkody wyższe niż metr, drobny oldenburg ledwo dawał radę.Zauważyła to także Alicja.
-Będziesz musiała się przesiąść na coś wyższego.
Przytaknęłam na znak, że wiem i rozumiem.Trochę smutno mi się zrobiło, patrząc na chudą szyję Lucyfera. Ostatecznie będę mogła na nim jeździć na treningach ujeżdżeniowych.
     Skoki dobiegły końca.Koń Sandry był naprawdę idealny do skoków.Przeszkody pokonywał z dużym zapasem w nienagannym stylu.Zsiadłam z Lucyfera, zaciągnęłam strzemiona do góry i wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę stajni.Rozkoszowałam się rześkim powietrzem zimnego,letniego południa.Wierzchowiec zmęczony treningiem szedł powoli z opuszczoną głową.
     Oporządzenie go nie zajęło mi zbyt wiele czasu,a wraz z dziewczynami załapałam się nawet na podróż do siodlarni.W końcu wiem,gdzie jest-powiedziałam sama do siebie szeptem, i odetchnęłam.Teraz czeka mnie całe popołudnie z Alyrą.Mimo zmęczenia nie mogłam się doczekać spotkania z nią.Poczułam, że naprawdę chcę jej pomóc.Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się, i wyszłam ze stajni.

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 7

-Przepraszam ,że jeszcze cię nie oprowadziłam po całym terenie stadniny.
-Nie ma problemu-odpowiedziałam.
-Chodźmy teraz,potem zaczyna się moja tura jazd.
Przytaknęłam jej na znak zrozumienia.Jakby teraz tak na to popatrzeć,nie wychylałam się poza stajnie i place treningowe.Za stajniami roztaczał się istny raj.Duża,nowoczesna hala,tor wyścigów.Ogromne padoki pełne koni.Na drugim końcu pastwisk był kompleks stajni.Dziwne-drugi?
-Co to za stajnie tam na końcu padoków?
-To są stajnie hodowlane.Tam przetrzymywane są konie oldenburskie do hodowli.Twój dziadek nie chciał,by jeźdźcy mieli z nimi styczność.
-Stąd ten światowy poziom na pokazach i zawodach?
-Dokładnie tak.Gdy coś się stanie,bądź koń przechodzi na emeryturę-trafia do naszych stajni.Wtedy albo działa w szkółce jeździeckiej,albo odpoczywa.
Ciekawił mnie jeszcze ten tor wyścigów.Przecież oldenburgi nie za bardzo się do tego nadawały.
-A ten tor?
-Tor?Na nim raz w miesiącu są organizowane gonitwy koni na poziomie międzynarodowym,dla zysku.Taka duża stajnia musi się jakoś utrzymywać.
Racja.Jak mogłam o tym zapomnieć?
-Oprócz tego co widzisz,po przeciwnej stronie stadniny znajduje się duży parkur do skoków,a za nim do cross'u. Za miesiąc zostanie tu zorganizowany wielki Jeździecki Festiwal,na którym odbędą się wszystkie dyscypliny jeździectwa klasycznego.
Mądry facet z tego mojego dziadka.
-Wracając do tych stajni hodowlanych-podjęła temat Alicja-możemy się tam wybrać przed dzisiejszą jazdą.
-To dobry pomysł,ale przed jazdą chciałabym jeszcze zajrzeć do klaczy,może odrobinę ją ruszyć,no i zobaczyć źrebaka.Może te stajnie obejrzymy po jeździe?
-Dlaczego nie-odpowiedziała-Mówiłaś,że chcesz zobaczyć źrebaka,więc chodźmy.
Ogierek leżał w boksie przykryty słomą.Był tak samo rudy jak jego matka.Tak samo niespokojny.
-Stajenne w miarę opanowały sytuację,wieczorem przyjedzie weterynarz żeby go zbadać.
Kucnęłam przy koniu,i pogłaskałam go po pysku.Ten odwzajemnił czułość liżąc mnie po ręce.
-Jest śliczny.
Wyszłyśmy z boksu,kierując się w stronę barku.Minęły trzy godziny od śniadania.
-Proponuję kawałek ciasta z kawą.
-Świetny pomysł-odpowiedziałam.Byłam naprawdę zmęczona.

Rozdział 6

Alicja wyglądała na trochę zmęczoną,ale szczęśliwą.
-Klacz nam się oźrebiła dzisiaj w nocy.
-Naprawdę?Która?Jak źrebię?
-Powoli!-zaśmiała się Alicja.
Może to dziwne,ale uwielbiam to całe zamieszanie podczas porodu klaczy.Jest takie specyficzne napięcie,a potem euforia gdy wszystko pójdzie dobrze.
-Oźrebiła nam się klacz oldenburska,Alyra.Sześcioletnia,poczciwa klacz.Wszystko poszło gładko,na świat przyszedł rudy ogierek.Tylko jest jeden problem-na chwilę przestałam oddychać-klacz nie akceptuje swojego syna.
Klacz kojarzyłam tylko z widzenia i krótkiego spotkania-nie byłam do niej przywiązana.Mimo wszystko zrobiło mi się przykro.
-Więc co teraz?
-Będziemy musieli go sami odchować.Karmienie,czyszczenie...na dodatek trzeba mu będzie zorganizować towarzystwo.Boję się,że jego matka mu coś zrobi.Dlatego też przeniesiemy go do innego boksu.
-Rozumiem.
Nigdy nie miałam styczności z taką sytuacją,ale bardzo chciałabym pomóc.
-A jak sama klacz?-spytałam.
-Nie pozwala do siebie podchodzić.Z resztą,sama chodź i zobacz.
Wyszłyśmy z baru idąc w kierunku stajni angielskiej.Rudy łeb klaczy nie wyglądał zza drzwi.Gdy podeszłam bliżej,zobaczyłam ją.Jakby zupełnie dzika,stała w głębi boksu z uszami skierowanymi do tyłu.Łeb miała uniesiony w górę,a w oczach było widać białka.
Widząc nas,podeszła nieco bliżej.Stałyśmy krok od drzwi.Gdy Alicja chciała otworzyć zasuwę boksu,koń rzucił się do przodu odbijając się przednimi kopytami od drzwiczek.
-Widzisz?Nie jest w najlepszym stanie.
Przytaknęłam.Klacz wyładowała się na boksie,całe oczy znów przybrały brązowy kolor.
-Mogę ją wyciągnąć?
Alicja popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
-Jak dasz radę...
-Mogłabym cię prosić o otworzenie bramy placu?
Alicja poszła bez słowa.Na haczyku boksu wisiała lonża.Wzięłam ją do ręki,i ostrożnie weszłam do środka.
Klacz była niespokojna,i przebierała nogami,ale nie rzuciła się na mnie.
-No,powoli.Spokojnie.
Podeszłam do klaczy i zapięłam lonżę na kantarze.Póki co wszystko szło jak po maśle.Do czasu.
Gdy zwierzę poczuło ciągnącą je linę,kłapnęło zębami i stanęło dęba.Pospiesznie trzymając lonżę w ręku wychodziłam z boksu,starając się zachować spokój.
Klacz wyszła za mną z boksu. Dębowała co chwilę i próbowała się wyrywać,ale bezskutecznie.Nerwowym krokiem wprowadziłam ją na plac treningowy.
Ledwo utrzymując lonżę w rękach spytałam:
-Macie tu jakiś długi bat?
Leżał pod płotem.Trenerka podała mi go.
Pozwoliłam klaczy jeszcze trochę pobrykać,a potem zaczęłam ją lonżować.Galopowała nieustannie.Po około dziesięciu minutach biegu,przeszła do kłusa,następnie do stępa.
-Dajmy jej się napić-powiedziała Alicja,trzymając w rękach wiadro z wodą.Nawet nie zauważyłam kiedy po nie poszła.
Przyciągnęłam klacz do wiadra.Nie mogła się przekonać i szła opornie,ale w końcu się udało.
-Dobra robota.Nie widziałam jeszcze,by ktoś tak szybko uspokoił rozjuszonego konia.Moje gratulacje.
-Dzięki-odpowiedziałam.Byłam zmęczona po tym zmaganiu się z dzikusem.-chyba na dzisiaj jej wystarczy.Jeżeli pozwolisz,chciałabym z nią pracować.
-Dałaś wystarczający pokaz swoich umiejętności.Masz moje pozwolenie.
Klacz opróżniła wiadro do końca.Udało się ją odprowadzić do boksu bez większych niespodzianek.
No cóż,całe południe jeszcze przede mną.

Rozdział 5

Po nocy przespanej w moim nowym pokoju byłam bardzo wypoczęta.Rano-jak zawsze-głód mi doskwierał,więc ubrana w bryczesy poszłam do kuchni.
-Dzieńdobry!-rzuciłam,widząc kucharki.
-Witaj dziecko!-odpowiedziała jedna z nich-co byś chciała na śniadanie?
Kobieta nie byłą najchudsza,miała dosyć przerzedzone włosy,nie była młoda.Mimo to patrząc na jej zmęczone,brązowe oczy widziałam sympatię.
-Zadowolę się czymkolwiek,dziękuję pani-uśmiechnęłam się.
-Dzisiaj rano usmażyłam naleśniki.Jeżeli chcesz,możesz je zjeść.Leżą na blacie obok lodówki.
Faktycznie,były tam.Z dżemem,z serem i z czekoladą.Spytałam jeszcze,gdzie są jakieś talerze,i trzy naleśniki wylądowały na naczyniu.
-Dziękuję bardzo!-powiedziałam i wyszłam.
W stajennym barze siedziała Paula jedząc tosty.Gdy mnie zobaczyła,pomachała ręką na znak,że mam do niej przyjść.
-Jak minęła ci noc?-spytała.
-Całkiem dobrze,a tobie?
Porozmawiałyśmy jeszcze trochę o koniach i o dzisiejszej jeździe.W trakcie rozmowy przypomniał mi się chłopak,który pierwszego dnia jeździł na karym koniu.Pewnie nigdy go nie poznam.
-...i tak to właśnie było.Dziwne,prawda?
Wyrwana z zamyśleń nie wiedziałam o czym Paula rozmawia.Żeby uniknąć składania pełnej wypowiedzi,tylko skinęłam głową.Ku mojej uciesze ,nagle do baru weszła Alicja wołając mnie.
-Chyba muszę iść.Do zobaczenia.
Paula porozumiewawczo przechyliła głowę do przodu.

Rozdział 4

Siodło było miękkie i wygodne,jakby stworzone dla mnie.Koń chodził gładko i pewnie.
W zastępie było pięć osób włącznie ze mną.Lucyfer idealnie się ze mną zgrywał i był spokojny.Żuł wędzidło tak,że mu piana z pyska leciała.
-Dobra,zaczynamy kłusować!-krzyknęła Alicja,stojąca na środku placu.
Byłam ostatnia w zastępie.To dobrze,nie lubię prowadzić.Przede mną na koniach siedziały dziewczyny w moim wieku,może trochę starsze.
Udało mi się rozpoznać Sandrę na siwym arabie.Była czołową,co z resztą do niej pasowało.Drugą dziewczyną była Paula na jakimś srokaczu.Trzeciej i czwartej nie znałam.
-Kłus zebrany!-Alicja wydała polecenie.
Wszystkie konie gładko przeszły w kłus zebrany.Z wyjątkiem araba.
Ten zamiast kłusować,nagle zerwał się w galop i zaczął brykać.Sandra tego nie wysiedziała.Runęła na ziemię,witając się z piaskiem.
-Zatrzymać konie!-powiedziała trenerka,idąc w stronę Sandry.
-Wszystko w porządku?-spytała.
-No raczej!
Urażona Sandra dźwignęła się na kolana,a potem wstała.Jej kremowe bryczesy i biała bluzka ucierpiały,ale znacząco bardziej ucierpiała jej duma.Prychając,wyszła z placu z uniesioną głową.Gdy zniknęła za rogiem,wyrwało mi się.
-Ona tak zawsze?
Trzy dziewczyny i Alicja roześmiały się.
-Zawsze,zawsze.To księżniczka przecież-z przekąsem powiedziała jedna z dziewczyn.-Mela jestem.
-A ja Zośka.-dorzuciła druga.
-Mówcie mi Jean-uśmiechnęłam się.
Wszystko zaczynało się układać.Na jeździe poszło mi bardzo dobrze,Alicja była zadowolona.Koń chodził fenomenalnie.
Po jeździe razem z dziewczynami poszłyśmy do stajennego barku,gdzie zjadłyśmy kawałek ciasta i popiłyśmy herbatą,rozmawiając o Norwegii,o koniach,Sandrze i o wszystkim,co się dzisiaj wydarzyło.
Tak,wszystko zaczyna się układać.

Rozdział 3

-Powiedz mi,jaką masz klasę w skokach?
-W skokach?N1.
-To świetnie!A ujeżdżenie?
-Klasa C-6.
-Jestem pod wrażeniem.Ile masz lat,bo jeszcze nie pytałam?
-Siedemnaście.
Nie potrafiła ukryć zdziwienia.Przyznam,jestem usatysfakcjonowana z tego powodu.
Powoli zbliżałyśmy się do dużej stajni.W środku pachniało słomą i końmi.Dało się słyszeć ciągłe pochrapywania i rżenia koni.W stajni panował całkiem duży ruch.
-Dużo ludzi-powiedziałam.
-Tak,zaraz rozpoczyna się jazda.Dokładniej dwie jazdy.Chcesz teraz jeździć?
Stresowałam się.Nie znam ludzi,nie znam koni.
-Czemu nie?
-W takim razie pomogę ci z koniem,a wieczorem wytłumaczę ci co gdzie się znajduje.
Kiwnęłam głową na znak zgody.Przeszłyśmy całą stajnię.Na samym końcu po lewej stronie stał piękny,gniady koń.Spojrzałam na tabliczkę.
-Lucyfer,młody ale pojętny koń oldenburski.-mówiąc to,podała mi uwiąz.
Weszłam bez słowa do boksu.Koń skierował uszy do przodu i uniósł łeb w górę.Spodobał mi się.
Gdy podeszłam bliżej,opuścił łeb i dał się złapać.Jego sierść była czysta i lśniąca.Wyprowadziłam go na korytarz stajni.
-Ktoś go czyścił?-spytałam.
Alicja przejechała po jego grzbiecie ręką z lekkim zdziwieniem.
-Mówiłam wszystkim,żeby nikt go nie ruszał,no ale mówi się trudno.
-Przynajmniej konia mam czystego-uśmiechnęłam się.
-Masz swój toczek?
-Tak,leży w aucie Roba.
-To leć po niego,a ja siodłam.
Roba nie było nigdzie widać,ale na szczęście samochód był otwarty.Chwyciłam kask,i wróciłam do stajni.
Lucyfer był już w pełnym sprzęcie.
-Gotowa na jazdę?-spytała Alicja.
-Chyba tak.

Rozdział 2

     Przyznam, że czułam się trochę nieswojo.Po całym terenie stajni kręcili się jeźdźcy i turyści.Na karku czułam wzrok wielu ludzi.Lekko speszona przyspieszyłam, omal nie wpadając na dziewczynę, która prowadziła siwego konia arabskiego.Zwierzę odskoczyło robiąc obrót na zadzie.Uwiąz na chwilę wyślizgnął się z rąk dziewczyny.
-Co ty robisz?!Uważaj jak łazisz.
-Przepraszam. -rzuciłam tylko, i ostrożnie ich wyminęłam.
     Czerwona na twarzy zmierzałam w kierunku biura mojego dziadka.Całą sytuację obserwowała dziewczyna w bryczesach w kratkę.Widząc barwę mojej twarzy  podbiegła do mnie.
-Nie przejmuj się, Sandra taka jest. Księżniczkuje i ma uraz do całego świata.
-Dzięki. -odpowiedziałam lekko zdziwiona.
Szczerze powiedziawszy nie przepadam za ludźmi.Nie lubię nikogo poznawać, nie odzywam się zbyt często.Rozmowy też mi idą opornie.
-Paula jestem. -odpowiedziała dziewczyna.
Widziałam w jej oczach sympatię.
-Jestem Jeanette, ale mów mi Jean.
-Więc Jean, co tu robisz?-spytała uśmiechając się.
-Chciałabym zacząć tu jeździć.To stadnina mojego dziadka.
-Naprawdę? -spytała nie dowierzając- Zazdroszczę.
Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć.Chciałam zakończyć ten dialog.
-Teraz muszę iść się z nim przywitać. -rzuciłam.
-Jasne, nie ma problemu -uśmiechnęła się ponownie- będę w stajni.
I poszła, machając mi.Polubiłam ją.Moja pierwsza znajoma w Polsce.
Zbliżałam się do biura szybkim krokiem, uważając by na nikogo nie wpaść.Schody wręcz przebiegłam.
Dziadek prawie się nie zmienił.Siwe włosy jak zawsze, ten sam ciepły wzrok i uśmiech.
-Hej dziadku!
-Witaj, moje dziecko.
Rzuciłam mu się w ramiona.Uścisk trwał długo.Tak bardzo za nim tęskniłam.
-Jak minęła podróż?Jak rodzice?
-Podróż minęła świetnie,Rob jest naprawdę pomocny.Rodzice zostali w Norwegii.Wiesz,praca i te sprawy.A jak u ciebie?
-U mnie dobrze, jak widzisz-uśmiechnął się-stajnia trzyma się świetnie.Cieszę się, że będziesz tutaj całe wakacje.
-Trochę się stresuję -przyznałam się.
-Oh Jean, zupełnie bez potrzeby!Na pewno lokalni jeźdźcy cię polubią.Dosyć gadania, zapraszam do stajni.
     Ucieszyłam się.W końcu jestem w Polsce, i to u dziadka,w stadninie.I zaraz dostanę swojego konia.
Zeszliśmy ze schodów.Na dole czekała jakaś dziewczyna,może 7 lat starsza ode mnie.
-To jest Alicja.Trenuje u nas jeźdźców. -przedstawił ją dziadek- Ona cię oprowadzi po całym obiekcie.
-Miło mi, jestem Jeanette.
-Dziewczyno, nie tak oficjalnie! -uśmiechnęła się połową twarzy.Już ją lubię.-chodź, pokażę ci co gdzie i jak.
-Chyba nie mam wyboru i muszę iść-odwzajemniłam uśmiech.Poczułam się znacznie lepiej.


Rozdział 1

     Leśna droga skąpana była w popołudniowym słońcu.Silnik samochodu warczał głośno, zakłócając ciszę lasu.
Siedziałam  niespokojnie na przednim siedzeniu pojazdu.
-Nie stresuj się tak Jean.
Rob to przyjaciel mojego dziadka, i przy okazji trener koni w jego stadninie.Poznałam go gdy byłam małą dziewczynką.
-Jak mogę się nie stresować!Przecież to będzie moja pierwsza jazda w tej stajni.
-Nie przejmuj się, dobrze będzie.Dziadek na pewno da ci wspaniałego wierzchowca.
     Droga powoli kończyła się.Zza drzew widać było pomalowane na biało solidne płoty, zadbane padoki.Ale to, co ujrzałam wjeżdżając na teren stadniny przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Na środku był duży plac treningowy, a wokół niego były trzy piękne stajnie.Jedna duża z boksami w środku i dwie angielskie-z boksami na zewnątrz.Wszędzie można było dostrzec niskie, zielone żywopłoty.Wszystko było wprost doskonałe.
Wysiadłam z samochodu, i podążyłam za Robem. Podczas gdy przechodziliśmy obok jednej z angielskich stajni zauważyłam ją.Łeb kasztanowatej klaczy wyjrzał zza drzwi boksu.Podeszłam do niej i ostrożnie ją pogłaskałam.Koń przez chwilę wydawał się upojony głaskaniem, mimo to skierował uszy do tyłu, kłapnął zębami i cofnął się w głąb pomieszczenia.
Patrząc na klacz przypomniał mi się zadziorny koń, na którym jeździłam w Norwegii.Przez trzy lata mieszkania za granicą tuż przy stajni nie wyobrażałam sobie życia bez koni.Bez zadziornych tym bardziej.Bo właśnie takie przekazały mi najwięcej.
-Widzę, że spodobała ci się Alyra-powiedział Rob.
     Tylko przytaknęłam.Rozglądając się wokół, na placu treningowym dostrzegłam chłopaka na czarnym koniu.
Byli idealnie zgrani.Każdy ruch wierzchowca przypominał lot ptaka.Koń z nie byle jaką gracją wręcz leciał.Płynął.To był naprawdę piękny widok.Sam chłopak też niczego sobie.Z zamyśleń ponownie wyrwał mnie głos Roba.
-Dziadek czeka na ciebie w biurze.Jest nad tamtą stajnią angielską.
-Dzięki, już lecę.