Zanim wyszłam z boksu, popatrzyłam się na niego.Spał jak zabity.Obok niego położyła się gniada klacz, która grzała mu połowę ciała.Długie, czarne włosy spływały mu po ramionach.Oddychał miarowo, prawie równo z Rutą.Widok był przeuroczy.Ja pewnie teraz przypominałam pognieciony koc ze starą słomą na głowie.Ciekawe jak długo spałam?Nie ważne, przynajmniej jest mi ciepło.
Deszcz nieznacznie kropił.Powietrze było -jak na burzę letnią- bardzo rześkie.Moimi włosami targał zimny wiatr.Jest lipiec, a pogoda iście jesienna.W brzuchu mi burczy, czyli musi być teraz pora kolacyjna.Dobrze, że się trochę przespałam.Wróciły mi siły.Po kolacji trzeba się ruszyć i trochę pojeździć.Potem ewentualnie zagonię Alyrę na lonżę.Rudzielec dał dziś pokaz umiejętności.Mimo wszystko podejrzewam, że to nie cała jej siła.Mam nadzieję, że nie będzie miała żadnych kaprysów.Gdy ją poznałam, Alicja przedstawiła mi jej historię.Brzmiało dosyć dramatycznie i nieciekawie.A po niespełna dwóch dniach koń współpracuje całkiem dobrze.Szkoda, że nie jestem psychologiem zwierzęcym...Dawno też nie zaglądałam do jej bezimiennego syna.Wypadałoby się zorientować, jak funkcjonuje źrebię pozbawione matki.A ściślej -odrzucone przez matkę.
Na przemyśleniach zeszła mi cała droga do pokoju.Weszłam do środka.Było tam ciepło, ale niezbyt przytulnie.Przez dwa okna połaciowe wpadało zimne światło.Na łóżku była biała kołdra i poduszka.Nie paliło się żadne światło.Część pokoju była więc zacieniona.To wszystko kojarzyło mi się ze szpitalem.Zdecydowanie czas wolę spędzać w stajni, przy koniach.
Poszłam do łazienki, aby ocenić swój stan wyglądu.Tak jak podejrzewałam -moje włosy wyglądają teraz jak stara słoma, a reszta mojego ciała jak pognieciony koc.Chwyciłam szczotkę do włosów, i przeczesałam cały ten huragan na głowie.Ubrania były czyste, więc tylko je wygładziłam ręką.Umyłam twarz i nałożyłam odrobinkę korektora pod oczy, aby wyglądać na mniej zmęczoną.Mój stan był teraz zadowalający.Wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę stołówki.Ciekawe co dziś na kolację?Może kogoś tam spotkam?
W stołówce roiło się od jeźdźców -Paula, Mela, Zosia i cały stół ludzi, których nie znam.Są wakacje, więc zapewne to obozowicze.Udało mi się wyhaczyć Natalię, która siedziała na samym końcu.Szczęśliwym trafem było obok niej wolne miejsce.Poszłam do kuchni po moją porcję.Dziś na kolację był makaron z serem i polewą.
Wyszłam z kuchni, i bardzo szybkim krokiem poszłam do Natalii.Miejsce obok niej nadal było puste, więc się przysiadłam.Po jej lewej stronie siedziała młoda dziewczyna -na oko czternaście lat.Gdybym się nie upomniała, Natalia pewnie by mnie nie zauważyła.
-Oh, to ty! -zdziwiła się- Nie widziałam cię dzisiaj od porannej jazdy.Szukałam cię.Wiesz, co się dzisiaj stało Sandrze i jej koniu?
Przypominała mi małą plotkarę.
-Wiem, byłam przy tym.Smacznego.
-Wzajemnie! Czy znasz już Darię? -wskazała na dziewczynę po swojej lewej- Jest siostrą Dave'a.Nie wiem, czy go znasz...
-Taki szajbus, latający z długimi włosami -wcięła się Daria.Podałyśmy sobie rękę nad makaronem Natalii.Dziewczyna miała identyczne włosy jak jej brat.Nawet trochę krótsze, ale tak samo czarne.
-Tak, poznałam go dzisiaj.Teraz śpi w boksie Ruty -zaczerwieniłam się na myśl o dzisiejszym dniu.
Przez prawie całą kolację rozmawiałyśmy o jej bracie.Resztę rozmów zajął temat Sandry, której nie widziałam od dzisiejszego wypadku.Makaron był pyszny.Pożegnawszy się z dziewczynami, wyszłam do stajni.Muszę odwiedzić Sandy i źrebaka Alyry.No, i zorientować się, czy Dave już wstał.
Letni wieczór mimo wypogodzenia się nadal był chłodny.Bluza chłopaka grzała mnie od kilku godzin.Było jasno, chociaż chmury przyćmiły niebo solidnie.Wiatr wiał, drzewa szumiały tworząc niezrozumiałą symfonię.Piach na placu treningowym -jak i wszystko inne- był mokry.Było szaro i ponuro.Moja ulubiona pogoda.
Weszłam do stajni, wpuszczając chłodne powietrze.Boks Ruty był na środku stajni.Po drodze były boksy Lucyfera, Sandy, źrebaka Alyry i innych koni.Tylko jeden jedyny był pusty.Ze świeżą ściółką, bez tabliczki.Jeszcze nie zamontowano świeżej lizawki.Poidło było nienaruszone.
Gniada klacz skubała słomę, stojąc obok śpiącego Dave'a.Otworzyłam boks najciszej jak umiałam.
-Śpiąca królewno, wstajemy -szepnęłam mu do ucha.Odmruczał coś tylko, i nadal spał- Nie chcesz po dobroci?To nie...
Wiadro było napełnione wodą.Było ciężkie, ale to dźwiganie miało przynieść piorunujący efekt...Już po chwili w pełni obudzony Dave ociekał wodą.
-Tak się bawić nie będziemy.
I przytulił mnie.Byłam prawie tak samo mokra jak on.
-Jesteśmy kwita? -spytałam, śmiejąc się- Śpiąca królewno?
-Chyba tak, książę -odpowiedział- Pomyśl, jak my teraz wyjdziemy?
Wyszliśmy drzwiami od siodlarni.Cali mokrzy i oblepieni słomą.Nie mogłam się doczekać gorącego prysznica.Miałam jeszcze iść do Sandy i źrebaka, ale te wizyty przełożę na jutro.Pożegnałam się z Dave'em i poszłam do pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz