Oldenburska klacz uspokoiła się odrobinkę.Otworzyłam zasuwę boksu najciszej, jak mi się udało.Uwiąz zwisający z kantara nie był długi, więc klacz nie była zaplątana.Ostrożnie do niej podeszłam, przemawiając opanowanym głosem.Po chwili lina spoczywała w moich rękach, koń skubał siano, a boks został zabezpieczony przed burzą.Derkę wzięłam w wolną rękę.
-Więc, Dave -dziwnie było mówić do niego po imieniu- Na którym padoku stoi Ruta?
-Na tym dużym, ze stawem.Powinna być gdzieś pod lasem, we wschodniej części pastwiska -odpowiedział- Weźmy derkę tak na wszelki wypadek. -dodał.
Idąc po Rutę przechodziliśmy obok Hrimfaxiego.Przypomniałam sobie o Jedzie.W pierwszym dniu, gdy go zobaczyłam, nie mogłam oderwać oczu.Pamiętam niemal każdy ruch konia.Płynne pasaże, piękny kłus wyciągnięty.Galop zebrany jak we śnie.Kroki zwierzęcia minimalnie wznosiły pył z placu, tworząc małe obłoki.Z nieba lał się żar...Było jak w bajce.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Dave'a.
-Co ty taka zamyślona? -spytał.Właściwie, dlaczego nie miałabym mu opowiedzieć o Jedzie?
-Myślałam o chłopaku, który tutaj jeździ -wydaje mi się, czy on się zarumienił?- Pierwszego dnia, gdy tu przyjechałam, zobaczyłam go jak trenował.Mowa o Jedzie.Może go znasz?
-Jed? -zastanowił się- No pewnie,że go znam.
-Widziałeś kiedyś jak jeździ?
W tym dniu dowiaduję się bardzo ciekawych rzeczy...Jed dosiada Rafaela w wolnych chwilach, by poprawić jego umiejętności ujeżdżeniowe.Dave trenuje go przecież pod wyścigi?Już nic z tego nie rozumiem...Do tego pomaga mu Alicja -toż to zwykła trenerka i instruktorka, a nie spec od gonitw.Chyba, że czegoś nie wiem.Rodowód i budowa konia wskazują na to, iż jest on urodzony by się ścigać.Jakbym tego siwka jeszcze w komplecie westernowym zobaczyła, to bym ogłupiała kompletnie.Nie wytrzymam.
-Dave, jak to jest właściwie z twoim koniem?Do czego go trenujesz?
-Wiele osób o to pyta -zaśmiał się- Jest folblutem, więc naturalnie, że do wyścigów.Jeżeli chodzi ci o treningi z Jedem...No cóż, chodzi o to, bym od czasu do czasu mógł na nim normalnie pojeździć, popracować. -zamyślił się- Żeby nie był aż tak temperamentny.Nie musi wygrywać, ale przez najlepsze lata życia nie pozwolę mu się zmarnować.Wiadomo też, że kariera wyścigowca nie trwa tyle, co ujeżdżeniowca czy skoczka.Nie dam go potem do szkółki jeździeckiej, ponieważ jest moim pierwszym koniem.Jestem do niego przywiązany.Rozumiesz?
-Tak, rozumiem.Tylko ostatnie pytanie -dlaczego sam go nie dosiadasz, tylko Jed to robi?
-Moje umiejętności w jeździe są jeszcze marne, nie chciałbym popsuć konia.Uczę się na Rucie.
Zbliżaliśmy się do padoku, na którym pasł się koń.Przeszliśmy przez pomalowany na biało płot, i podążyliśmy w stronę klaczy.Wnioskując po wyglądzie Rafaela -spodziewałam się, że będzie to sportowy wierzchowiec o idealnej budowie ciała.Jednak Ruta, krótko mówiąc, wyglądała jak przysłowiowa "Baśka".Niewysoka, grubiutka gniada klacz.Na nogach miała rozjaśniające się, małe szczotki pęcinowe.Na pysku miała łysinę.Grzywa i ogon były konopiaste i -odnosiłam takie wrażenie- puchate.Na widok konia uśmiechnęłam się.
-Zwykła, śląska klacz -wyprzedził moje pytanie Dave- Czasami też chce mi się śmiać, jak na nią patrzę.
Moje policzki lekko pokraśniały.
-Nie miałam na myśli niczego złego, patrząc się na nią. -wybuchłam śmiechem.To musiało brzmieć naprawdę niepoważnie, a śmiech na koniec wypowiedzi tylko dodał ironii.
Na szczęście chłopak dołączył do mnie, a potem rżeć zaczęła Ruta, która nagle się zbliżyła, prychając na nas swoją śliną.To było wyjątkowo ohydne, ale mogłam jej to wybaczyć.W końcu wcześniej się z niej śmiałam.Już nawet nie pamiętam, kiedy znalazłam się na jej grzbiecie, rozmawiając i śmiejąc się.Przeczesałam jej lukrecjową grzywę palcami.Świetnie by było mieć swojego jedynego konia, na którym można pojeździć, wyjść na padok, popławić.W Norwegii wraz ze wzrostem mojego doświadczenia zmieniałam konie.W Polsce obecnie mam to samo -w końcu Alyra się jeszcze nie nadaje.
Pogoda powoli się psuła, jakaś duża chmura znów przysłoniła słońce.Póki co nie grzmiało, ale warunki atmosferyczne były na krawędzi załamania.Ciekawe, jak się czuje Sandy.Biedaczce grozi śmierć, a ja zamiast jej w jakiś sposób pomóc, jestem na padoku i śmieję się z facetem, którego poznałam dzisiaj.Lubię go, ale jesteśmy chyba zbyt blisko siebie.Te jego brązowe oczy cały czas mnie ogarniają wzrokiem, bez chwili wytchnienia...
Nasze śmiechy przerwał głośny grzmot.Ku mojemu szczęściu Ruta to nie Alyra.Poczciwa klacz stanęła bez ruchu.Czy to cisza przed burzą?Czy zaraz zerwie się galopem przed siebie?Moje obawy nie sprawdziły się.Pospiesznie zeskoczyłam z grzbietu konia.Dave narzucił klaczy derkę, którą cały czas trzymał w ręku.Gdy zapięłam ostatnią klamerkę, z nieba lunął deszcz.Krople były duże jak grochy, i spadały z ogromną prędkością.Zaczęliśmy powoli biec, i zmusiliśmy konia do truchtu, nawet nie do kłusa.Wystarczy, że Sandy jest połamana.Ruta nie będzie kolejną ofiarą ludzkiej głupoty.Wyprzedziłam Dave'a i klacz, żeby móc otworzyć bramę padoku.Mimo swojej wagi i kształtów, zwierzę wyślizgnęło się zwinnie jak sarna przez nieotworzoną do końca bramę.
Zroszona deszczem puchata grzywa podskakiwała z każdym krokiem.Praktycznie całe nogi były już przemoczone, ze szczotek pęcinowych strużkami ciekła woda.Derka skutecznie osłaniała cały grzbiet i zad, utrzymując je w stanie nienaruszonym.Chociaż tyle dobrze.My poszliśmy w ślady szczotek pęcinowych Ruty -byliśmy cali mokrzy, włosy nam się lepiły do twarzy.
Koniec końców udało nam się dotrzeć do stajni.Nie została na nas sucha nitka.Wprowadziliśmy klacz do boksu, i zaczęliśmy nacierać ją słomą tak, by choć trochę wyschła.Dave odpiął klamry i ściągnął derkę, odwieszając ja na najbliższy wieszak na siodła.Wspólnie zadecydowaliśmy, że do pokoi mamy kawałek drogi, a deszcz z pewnością minie.
Usiedliśmy pod ścianą boksu, w czystej słomie.Rozmawialiśmy długo, sama już nie wiem o czym.Moje powieki stawały się co raz cięższe, oczy mi się kleiły.Wokół było ciepło i pachniało końską sierścią.Miarowe posapywanie Ruty i bliskość czyjegoś ciała zdecydowały same.Zapadłam w sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz