Nagle Rafael szarpnął głową w górę i zarżał donośnie, omal nie stając dęba.Koń gwałtownie obrócił się w prawo i zaczął się cofać, niezgrabnie depcząc po własnych kopytach tym samym zmazując świeży smar.Dave próbował go uspokoić, ale na nic się zdały jego metody .Wierzchowiec na chwilę zastygł i zamiatał ogonem, jakby zapomniał co przed momentem robił.W jego oczach widać było białko, a czarne źrenice drgały poruszając się w górę i w dół.
Zza zakrętu wypadł czarny koń, z kredowo białą grzywą i ogonem.Niczym błyskawica biegł, prawie mnie tratując.Gdyby nie trzeźwość Dave'a byłoby po mnie.Chłopak popchnął mnie na Rafaela, a potem mnie osłonił.Dzikus pobiegł dalej, a jedyne co po nim pozostało to kłęby kurzu.Jeszcze chwilę patrzyliśmy się za nim nie dowierzając co się właśnie stało.
-Wszystko dobrze?-spytał chłopak.W oczach tkwiła mu troska.
-Tak,wszystko dobrze.-zamyśliłam się- Ciekawe, kto jest właścicielem tamtego konia?
-Nie mam pojęcia, ale ten ktoś musi mieć z nim niezłe problemy.Cholera, trzeba będzie znowu posmarować mu kopyta.Są nierówne i oblepione kurzem.
Zerknęłam na kopyta siwka.Wyglądały krótko mówiąc źle.
Wychodząc zza rogu zobaczyliśmy niemałe zamieszanie.W prowizorycznej zagrodzie zbudowanej ze stojaków i drągów ściskały się konie.Było ich tam około piętnastu, ale kto by je tam liczył.Wszystkie były jednakowych rozmiarów, i miały tak samo przycięte grzywy.
-Macin,wrzuć werniksy na halę! -krzyknęła jakaś dziewczyna stojąc w siodle.- No jak to które, żartujesz sobie?!Jadę po Aretha!
Była blondynką średniego wzrostu, całkiem szczupłą.Na koniach radziła sobie świetnie.Za pomocą szybkiego, płynnego ruchu wodzami, obróciła gniadego konia.Był ogromny i postawny.Przypominał niedźwiedzia rodem z lasów Alaski.Dziewczyna docisnęła łydki po bokach konia, i ruszyła szybkim kłusem.Gdy nas minęła, spięła konia do galopu, rozglądając się zapewne za karym dzikusem.Szalony koń był już za płotem, pod lasem uroczo galopując wśród lokalnego stada.
-Jean...Czy teraz nie ma pory wypasu ogierów? -Spojrzałam na niego z niepokojem.Jeżeli pośród naszych temperamentnych ogierów biega obcy koń, i zaraz wtryni się tam blondyna na niedźwiedziu, możemy mieć niezły młyn.
-Co robimy? -spytałam.Nie wiedziałam co robić.Siadać na konia z batem i zganiać stado w okolice jeziora, czy krzyczeć za dziewczyną?- Pobiegnę po kogoś!
Chciałam pobiec, ale Dave przytrzymał mnie za nadgarstek.
-Ładuj się na konia! -nim zdążyłam zaprotestować, znalazłam się na kościstym grzbiecie Rafaela.- Jedziemy!
Przyspieszyliśmy dopiero za rogiem, omijając werniksowe konie.Trzymałam się mocno czarnej grzywy konia, by nie spaść.I tak ledwo siedziałam na tym koniu.Dave to zauważył, otaczając mnie ręką i przyciągając do siebie mocno.Było tak cudownie...Nie, nie myśl tak! Zganiłam się sama.Jesteś tu tylko do końca sierpnia!
Wyhamowaliśmy przed główną stajnią.
-Jest tu Alicja?! -krzyknął Dave- Potrzebujemy jej natychmiast!
-Co to, pali się czy jak? -powiedziała ze śmiechem trenerka, wynurzając się zza srokatego konia.Gdy Dave wytłumaczył jej całą sytuację, jej mina zrzedła.Zastanawiała się nad tym, co zrobić, marszcząc brwi.- Siodłajcie swoje konie, i weźcie długie baty.Za dwie minuty zbiórka pod płotem padoku!
Dave błyskawicznie zawrócił Rafaela.Jechaliśmy stonowanym galopem.Nim koń przeszedł do stója, ja już byłam na ziemi.Wszystko działo się bardzo szybko -szaleńczy bieg do siodlarni, siodłanie, kiełznanie, i znalezienie długiego bata.Mój Chaber był już gotowy,jednak gdy młody anglik miał być siodłany, coś mnie uderzyło.Przecież siwek to młody anglik, ogier.Może go ponieść w tej pogoni.
-Dave, siodłaj Rutę. -chłopak popatrzył się na mnie- Rafael poniesie!
Zrozumiał.Zarzucił siodło z powrotem na belkę płotu, i chciał biec po Rutę, ale nie było czasu.
-Jedź sama, dasz radę. -skinęłam mu z grzbietu konia, i wyjechałam zza zakrętu w poszukiwaniu Alicji.
Ta wraz z trzema mężczyznami siedziała już na koniach.Cała czwórka miała w rękach długie, ujeżdżeniowe lub lonżownicze baty.
-Panowie i panie -popatrzyła na mnie- Zganiamy ogiery pod jezioro.Garfie, ty pomagasz blondynie z tamtym dzikusem,jasne?
Gdy kiwnęliśmy głowami, Ala spięła swojego rudego wierzchowca i pokonała gładko płot, podobnie jak my wszyscy.To jak na Hubertusie! krzyknęła, a jej rudzielec wystrzelił do przodu jak rakieta.Fantastycznie było ją widzieć w akcji.Nienaganny półsiad, dobry kontakt z koniem...
Pod lasem zaczęła się już tworzyć sytuacja konfliktowa.Ogier przewodniczący stadu stawał dęba, strasząc czarnego dzikusa.Blond włosa dziewczyna na swoim niedźwiedziu trzymała się na pewien dystans, a widząc nas -jakby ze wstydu- pogalopowała jeszcze dalej.Konie zaczęły się kotłować, kuląc uszy i kopiąc się nawzajem.Dopiero teraz miała się zacząć akcja.
Alicja zaczęła strzelać z długiego bata, krzycząc "Heta!".Mężczyźni również zaczęli to robić, więc i ja zaczęłam.Wierzchowce powoli rozbiegały się, a my zataczaliśmy półkola na tyłach grupy.Wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie alfa stada.Dominujący ogier nadal trykał się z dzikusem.Zawróciłam Chabra odrobinę ściągając wodze, żeby go nie zajechać.Po chwili koło mnie przebiegł rudzielec ze spienionym pyskiem.
Trenerka strzeliła z długiego bata i podjechała blisko ogierów.Blondynka uczyniła to samo.Na przednim łęku jej westernowego siodła dostrzegłam długie lasso.Ciekawe, czy go użyje.
-Dominant! -Alicja krzyknęła głośno, i zacmokała.Koń opadł na ziemię, a za nim dzikus.Mierzyli się wzrokiem kuląc uszy i niespokojnie przebierając nogami.Kobieta powoli i ostrożnie podjechała do alfy stada.-No już, dobrze -powiedziała.Dominant skupił na niej uwagę.Wydawałoby się, że konie już odpuściły, ale na marne zdały się moje oczekiwania.Gdy Alicja złapała konia za kantar, ten wyrwał się do góry.
-Alicja! -krzyknęłam.Wierzchowce znów wszczęły bójkę.Czas interweniować.Podjechałam do rudzielca i chwyciłam wodzę, ciągnąc w stronę pastwiska.Na początku szło opornie, jednak wolna ręką strzeliłam z bata i wypruł jak szalony.Spokojnym galopem podjechałam do Dominanta i smagnęłam go delikatnie, by odskoczył w stronę przeciwną do oszołomionej Alicji.Jednak postawny ogier potrzebował czegoś więcej niż tylko bata.Nie myśląc ani chwili, naparłam na niego bokiem Chabra.To był błąd.