Aromat był czysty i ubrany w cały sprzęt.Prezentował się świetnie.Miałam jeszcze dziesięć minut by pobiec po toczek do biura dziadka.Natalia wiernie mi towarzyszyła dzisiejszego dnia.Gdy biegłam po kask, ona trzymała mojego konia.Jest bardzo dorosła jak na jedenastolatkę.Przy okazji jest nieocenioną pomocą.Biegnąc do biura przypomniałam sobie o mojej obietnicy dla Natalii.Miałam jej przecież załatwić nowego wierzchowca.Obgadam to z dziadkiem po jeździe.
-Hej dziadku! -krzyknęłam na progu.
-Witaj moje dziecko -jak zwykle odpowiedział staruszek.
-Przybiegłam tylko po toczek, ale po jeździe chciałabym z tobą omówić pewną sprawę.
Żeby dziadek wiedział o co chodzi, poinformowałam go w skrócie w czym rzecz, i wybiegłam z biura.Dzień był wyjątkowo ciepły, wręcz upalny.Nie wiem jak ja przeżyję tą jazdę.
Aromat wiercił się niespokojnie przy płocie, co jakiś czas unosząc łeb w górę.Przeplatał nogami jakby go coś gryzło.Zza chmur wyszło słońce, oświecając cały kompleks stajni.
-Dziękuję za potrzymanie go-zwróciłam się do Natalii-jesteś nieocenioną pomocą.
-Nie ma sprawy-odpowiedziała uśmiechając się.
Wsiadłam na grzbiet srokacza.Koń pod moim ciężarem cofnął się parę kroków do tyłu.Napięłam wodze i ruszyliśmy do przodu.Ja na koniu i Natalia tuż obok.Rozmawiałyśmy o dzisiejszym upale,o moim wierzchowcu i o Jedzie.Ostatecznie temat zszedł na kolor kompletu Aromata.Okazało się, że Natalia jest znawcą firm produkujących komplety dla koni.
-To duńska firma, Smuk Hest bodajże.Została zamknięta około pięć lat temu.
Jej wiedza mi imponowała.Ja w życiu bym nie odgadła żadnej firmy.Gdy dojechałam do płotu placu treningowego pożegnałyśmy się,i weszłam do środka.
Paula,Mela,Zosia i Sandra dopiero wsiadały na swoje wierzchowce.Alicja czekała siedząc na drągu.Wszystkie konie miały na sobie zwykłe, brązowe czapraki; na nogach nie miały ochraniaczy.Z wyjątkiem konia Sandry, oczywiście.Jej klacz miała na sobie różowy zestaw, oraz czarny rząd jeździecki.Sama dziewczyna ubrana była w tych samych barwach.
-Zaczynamy trening!-krzyknęła Alicja.
Tradycyjnie rozgrzewka zaczęła się dziesięcioma minutami stępa.Potem przyszedł czas na kłus.Aromat nie chodził tak gładko jak Lucyfer.Jego ruchy były ciężkie i pozbawione gracji.Dodatkowo rzucał głową w górę i w dół na przemian.Ustawienie i przytrzymanie go zajęło całą wieczność, przysięgam.Zaczęły się galopy.Wszystkie konie szły normalnie, ale nie on jeden.Próbował targać wodzami, i na siłę musiałam go przytrzymywać.Wolty również nie przynosiły skutku.Alicja kazała mi się zatrzymać, i zapięła wypinacze.Bez galopu nie ma skoków -pomyślałam.
-Dobrze wiesz, że nie możesz skakać z wypinaczami -powiedziała Alicja powoli odchodząc od konia- więc radzę ci go szybko zebrać.
Miała rację;ale jedno mówić, drugie robić.Wyjechałam sama na ślad, wzburzając piach z placu.Aromat niespokojnie wbiegał między obłoki, tworząc nowe.No dalej koniu-pomyślałam-nie mamy wieczności.Obawiałam się galopu po raz pierwszy od bardzo dawna.
Obawy tym razem okazały się niesłuszne.Koń nadal chodził sztywno i ciężko, ale przynajmniej galopował.Co chwilę dociskałam łydki do boków zwierzęcia, by biegł dalej.Rozluźnienie go zajmie wieki.Mam nadzieję, że choć trochę uda mi się poskakać.Sama nie wiem, dlaczego mi go przydzielono.
-Aromat do środka! -krzyknęła Alicja.
Na znak trenerki wjechałam do środka.Z pyska wierzchowca toczyła się piana, a po szyi spływały strużki potu.W niektórych miejscach czerwony czaprak zmienił barwę na szkarłatną, a jasnoszare umaszczenie sierści było teraz niemalże czarne.Powietrze było ciężkie i wypełnione kurzem, a z nieba lał się żar.Sama byłam cała mokra.Minimalnym ukojeniem był lekki wiatr i cienie drzew wokół placu.Aromat sapał bardzo głośno, i szarpał łbem.Najwidoczniej domagał się odpięcia wypinaczy.
-Drogie panie, obawiam się, że jest za gorąco na skoki -rzuciła Alicja wyzwalając srokacza ze sprzętu.- Dlatego też kończymy jazdę i jedziemy nad staw pławić konie.
Wprost cudownie-pomyślałam-szarpałam się z domniemanym koniem skokowym tylko po to, żeby potem na nim nie skakać.Pocieszeniem było to, że już za chwilę miałam się pluskać w stawie.Chociaż tyle dobrze.Upał był niemiłosierny.Zarówno konie jak i dziewczyny byli zlani potem.Ciuchy kleiły się do ciała, a pod toczkiem utworzyło się istne piekło.
-Za piętnaście minut zbiórka przy myjce! -krzyknęła Alicja.
Wszyscy pospiesznie wchodzili do stajni by znaleźć się w chłodzie.Mokre czapraki i rozgrzane siodła stygły powoli na wieszakach.Konie zostały wprowadzone do boksów, by można było skoczyć do pokoju przebrać się w krótkie spodnie, stroje kąpielowe i klapki.
Równo z czasem wszystkie stałyśmy przy myjce.Jak zwykle mojej uwadze nie umknął wygląd Sandry- cekinowe bikini w kolorze chabrów, klapki w takim samym kolorze oraz jeansowe spodenki.Brązowe włosy miała spięte wysoko w kitkę.Na jej rzęsach był conajmniej litr maskary.Ciekawe, czy wodoodporna.
-Na koń!-powiedziała Alicja wychodząca zza rogu.
Za nią szedł siwy koń, z wodzami przerzuconymi na szyję.Koń sam w sobie nie byłby nadzwyczajny, gdyby nie jego kruczoczarna grzywa i ogon.Ponad to jedno oko miał niebieskie, a drugie brązowe.Gdy obrócił się bokiem zobaczyłam w całości jego sportową sylwetkę.Długie nogi i pęciny, skośna łopatka oraz umięśniony zad.Miał prosty, rzymski profil głowy.Sierść była zadbana i lśniąca.W połowie wysokości między kręgosłupem a brzuchem widać było żebra.Na grzbiecie odciśnięty był ślad małego siodła.Zapewne jest koniem wyścigowym, który właśnie wrócił z treningu.
Wszystkie dziewczyny siedziały już na koniach -z wyjątkiem mnie,rzecz jasna.Miałam spory kłopot z wejściem na grzbiet wysokiego srokacza, który mi tego zadanie nie ułatwiał.Kręcił się i przebierał nogami, co chwilę zmieniając pozycję.Alicja roześmiała się, i mi pomogła.Wkrótce cała nasza szóstka z trenerką włącznie siedziała na grzbietach rozgrzanych koni.
-Paula, prowadź -powiedziała Alicja- tylko jeszcze po coś skoczę.
Trevor -bo tak nazywał się koń Pauli- ochoczo ruszył do przodu.Srokacz musiał być przytrzymywany przez dziewczynę, ponieważ rwał się do galopu.Zupełnie jakby wiedział gdzie jedzie.Po chwili zrównałam się z Paulą i postanowiłam ją zagadać.
-Ile lat ma twój koń? -zaczęłam- Jest bardzo żwawy jak na taką pogodę i trening.
-Trevor? -zaśmiała się Paula- to stary dziadek, ma osiemnaście lat.
Po zwierzęciu nie było widać oznak starości.Jego oczy lśniły, uszy były nastawione do przodu, głowa dumnie uniesiona.Na ciemnych plamach sierści nie było widać oznak siwizny.
-Naprawdę? -wciąż nie dowierzałam- nic po nim nie widać.
Okazało się, że nie jestem jedyną osobą, która nie dowierza.Srokacz naprawdę dobrze się trzymał, i wyglądał.Tego samego nie można było stwierdzić o koniach Meli i Zosi, które wyglądały na ospałe i szły z opuszczonym łbem.
-To bliźniaki -zaczęła Paula widząc mój wzrok na koniach dziewczyn- Morela i Draco mają pięć lat.Ich matka zmarła przy porodzie.Pamiętam to, jakby było wczoraj.Wykrwawiła się, zostawiając ślady w całym boksie.Do teraz siedzi mi w głowie widok czerwonej ściółki, a w uszach słyszę to bolesna rżenie.Naprawdę coś okropnego.Nie życzę ci, żebyś co takiego zobaczyła.
-Domyślam się, że to było straszne.I myślę, że nie chciałabym czegoś takiego oglądać.
Rozmowa się urwała, ponieważ na horyzoncie było już widać staw.Zbiornik był otoczony przez las z trzech stron.Z przodu była mała plaża, która stanowiła wejście do wody.Swoją drogą nie była zbyt przejrzysta.
-Co by powiedziała Alicja, gdyby tutaj była? -zastanawiała się głośno Paula- nie wbiegajcie do wody na pełnym gazie, i bądźcie ostrożne -podsumowała.
Aromat ku mojemu szczęściu uwielbiał wodę.Wszedł do niej bezproblemowo, i zaczął się szybko zanurzać.Woda była chłodna i rześka.Pławiąc się w niej niemal nie dostrzegało się słońca, które paliło skórę jak ogień.Koń szedł powoli, bez żadnych zrywów.Oderwał się od dna energicznie przebierając nogami.Nad wodę wystawał tylko jego łeb i moja głowa.Zawróciłam go, by nie oddalał się zbytnio od brzegu.Gdy tylko znów zaczął stąpać po dnie zawołałam dziewczyny, które niepewnie zanurzyły się w wodzie.
-Na co czekacie? -krzyknęłam- chodźcie głębiej!
Jak się później przekonałam-to był błąd.
[ historia dziewczyny,której życie zmieniło się po przyjeździe do Polski ]
wtorek, 29 lipca 2014
czwartek, 24 lipca 2014
Rozdział 11
W barze już od progu unosiła się słodka woń racuchów.Trzeba by coś przemycić, zanim wszyscy je zjedzą.Wchodząc do kuchni niemal wpadłam na kucharkę.Zarumieniona przeprosiłam,i poprosiłam o talerz racuchów-dla siebie, i dla Natalii.
W pomieszczeniu nie siedział nikt mi ani dziewczynce znany, więc usiadłyśmy przy osobnym stoliku dla trzech osób.Dopiero teraz przyjrzałam się wystrojowi wnętrza-ciemne drewniane stoły i krzesła, zielone poduszki, obrusy i zasłony.Na środku stoliku stała mosiężna figurka dębującego konia.W rękach trzymałam dwa talerze wypełnione racuchami po brzegi.Jeden podałam Natalii, która od razu podjęła rozmowę.
-Widziałam, że spodobał ci się Jed i jego koń.
Spostrzegawcza jak na jedenastolatkę.W sumie nie znam tego chłopaka-nie powiem jej, że mi się podoba.
-Bardzo spodobał mi się jego koń -odpowiedziałam,z nadzieją,że nie pociągnie tematu chłopaka.
-Hrimfaxi, dziewięcioletni holsztyn -powiedziała- widziałam tabliczkę.
-W której stajni stoi?
-Stoi z tyłu stajni angielskiej.Obok myjki.
Właśnie złapałam się na myśleniu o tym, że muszę częściej myć konie.Naprawdę -nie wiem,co mnie tak do tego chłopaka ciągnęło.
-Jed to chłopak, który jeździ na mistrzostwa świata w ujeżdżeniu.
-A to skąd wiesz?
-Na tabliczce była rozeta, z Niemiec bodajże.
Jeszcze potem chwilę rozmawiałyśmy o ujeżdżeniu,o holsztynach no i jak jutro zaplanuję dzień z Alyrą.Wstając od stołu spytałam Natalię,czy mi jutro pomoże z klaczą.Otrzymałam odpowiedź pozytywną.Pożegnałyśmy się, odniosłam talerz i wyszłam z baru.
Był na placu treningowym.Znów piękno, od którego nie można było oderwać oczu.Wysoka akcja kończyn w kłusie, koń zebrany.Blask słońca odbijał się na kruczoczarnej sierści konia.Mokre plamy na sierści świadczyły o intensywnym treningu.Jeździec sprawiał, że koń tańczy.
Czasu na rozmyślania było niewiele, ponieważ zaraz czekała mnie jazda z Alicją.Dzisiaj miałam jeździć na nowym koniu, który nadawał się na wysokie przeszkody.To dopiero trzeci dzień w tej stajni, a ja już mam zmienionego konia.
Wraz z Natalią weszłyśmy do stajni w której panował ruch.Konie były przygotowywane na popołudniową jazdę, a te z poprzedniej powoli wychodziły na myjkę.W stajni jak zwykle można było czuć sodki zapach słomy i sierści końskiej.Włączono wszystkie lampy, więc było jasno.W luce między koniami dostrzegłam krzątającą się Alicję.Po chwili ona również mnie zauważyła,machając ręką.Razem z Natalią podeszłyśmy do niej.
-Jak dobrze, że w końcu jesteś! -powiedziała- Twój wierzchowiec czeka w angielskiej stajni.Tej z widokiem na padoki.
Koń nazywał się Aromat.Był pięknej maści- myszatej tobiano.Miał siedem lat.Rasa nieznana.Po wyprowadzeniu z boksu prezentował się zaskakująco dobrze.Proporcjonalna sylwetka z rozbudowaną klatką piersiową, kształtne kopyta i smukłe nogi.
Zwierzę przyjaźnie nastawiło uszy do przodu, wypuszczając z nozdrzy ciepłe powietrze.Dał się przywiązać bez trudu.Szczotki leżały pod boksem, ale po rząd jeździecki trzeba było pójść.Poprosiłam Natalię, aby zaczęła go czyścić i sama poszłam po sprzęt.Idąc w stronę siodlarni, zza rogu wyłonił się czarny łeb konia.Jeżeli jest koń, będzie jeździec.Czułam, że moje policzki nabierają barwy soczystej czerwieni.O dziwo nikt nie szedł za koniem.Na dodatek zwierzę było bez siodła.Wierzchowiec sam wszedł do boksu, ponieważ drzwi były otwarte.Na nogach był odbity ślad bo owijkach.
Postanowiłam iść dalej, nie zważając na to co się działo.Mój cel był już blisko.Nagle koń zarżał głośno.Obróciłam głowę...i wpadłam na Jeda.Złapał mnie za ramiona tak, bym nie upadła.
-Wszystko w porządku? -spytał z cieniem troski w oczach.
-Tak, dziękuję.
Nie pociągnęłam rozmowy i go wyminęłam.Byłam czerwona jak burak.Z karkiem zwilżonym od potu poszłam do siodlarni.
Pomieszczenie było skąpane w pół mroku ;było wypełnione zapachem skóry.Odnalazłam wieszak z imieniem mojego konia.Na lewym puślisku ktoś zaczepił paczkę czerwonych ochraniaczy, komponujących się z czaprakiem i przy okazji z moimi policzkami, które były jeszcze rozpalone.Po krótkich oględzinach sprzętu zobaczyłam, że na naczółku ogłowia są czerwone diamenciki.Ktokolwiek ufundował mu ten sprzęt, naprawdę musiał kochać zwierzę.Mój dziadek bardzo dba o konie, ale nie wydaje mi się, by kompletował kolorowe zestawy.Wzięłam wszystko i wyszłam.Miałam cichą nadzieję, że chłopaka już nie będzie przy koniu.Mijając róg stajni była ucieszona -moje życzenie spełniło się.
Czasu na rozmyślania było niewiele, ponieważ zaraz czekała mnie jazda z Alicją.Dzisiaj miałam jeździć na nowym koniu, który nadawał się na wysokie przeszkody.To dopiero trzeci dzień w tej stajni, a ja już mam zmienionego konia.
Wraz z Natalią weszłyśmy do stajni w której panował ruch.Konie były przygotowywane na popołudniową jazdę, a te z poprzedniej powoli wychodziły na myjkę.W stajni jak zwykle można było czuć sodki zapach słomy i sierści końskiej.Włączono wszystkie lampy, więc było jasno.W luce między koniami dostrzegłam krzątającą się Alicję.Po chwili ona również mnie zauważyła,machając ręką.Razem z Natalią podeszłyśmy do niej.
-Jak dobrze, że w końcu jesteś! -powiedziała- Twój wierzchowiec czeka w angielskiej stajni.Tej z widokiem na padoki.
Koń nazywał się Aromat.Był pięknej maści- myszatej tobiano.Miał siedem lat.Rasa nieznana.Po wyprowadzeniu z boksu prezentował się zaskakująco dobrze.Proporcjonalna sylwetka z rozbudowaną klatką piersiową, kształtne kopyta i smukłe nogi.
Zwierzę przyjaźnie nastawiło uszy do przodu, wypuszczając z nozdrzy ciepłe powietrze.Dał się przywiązać bez trudu.Szczotki leżały pod boksem, ale po rząd jeździecki trzeba było pójść.Poprosiłam Natalię, aby zaczęła go czyścić i sama poszłam po sprzęt.Idąc w stronę siodlarni, zza rogu wyłonił się czarny łeb konia.Jeżeli jest koń, będzie jeździec.Czułam, że moje policzki nabierają barwy soczystej czerwieni.O dziwo nikt nie szedł za koniem.Na dodatek zwierzę było bez siodła.Wierzchowiec sam wszedł do boksu, ponieważ drzwi były otwarte.Na nogach był odbity ślad bo owijkach.
Postanowiłam iść dalej, nie zważając na to co się działo.Mój cel był już blisko.Nagle koń zarżał głośno.Obróciłam głowę...i wpadłam na Jeda.Złapał mnie za ramiona tak, bym nie upadła.
-Wszystko w porządku? -spytał z cieniem troski w oczach.
-Tak, dziękuję.
Nie pociągnęłam rozmowy i go wyminęłam.Byłam czerwona jak burak.Z karkiem zwilżonym od potu poszłam do siodlarni.
Pomieszczenie było skąpane w pół mroku ;było wypełnione zapachem skóry.Odnalazłam wieszak z imieniem mojego konia.Na lewym puślisku ktoś zaczepił paczkę czerwonych ochraniaczy, komponujących się z czaprakiem i przy okazji z moimi policzkami, które były jeszcze rozpalone.Po krótkich oględzinach sprzętu zobaczyłam, że na naczółku ogłowia są czerwone diamenciki.Ktokolwiek ufundował mu ten sprzęt, naprawdę musiał kochać zwierzę.Mój dziadek bardzo dba o konie, ale nie wydaje mi się, by kompletował kolorowe zestawy.Wzięłam wszystko i wyszłam.Miałam cichą nadzieję, że chłopaka już nie będzie przy koniu.Mijając róg stajni była ucieszona -moje życzenie spełniło się.
Rozdział 10
Koń stał już w pełnym sprzęcie, i był widocznie spięty.Ostatni raz sprawdziłam,czy wszystko leży poprawnie i nie uciska zwierzęcia.Zaczęłam ją lonżować.Na początku szła powoli, starając się zadrzeć głowę do góry- wodze pomocnicze i chambon to był świetny pomysł.W upływie czasu zaczęła się rozluźniać i opuszczać głowę.Co jakiś czas dawała znać, że jeszcze pamięta jak się bryka.Jej szyja nie była jeszcze poprawnie ułożona, ale popracujemy nad tym.Kopytami szurała ostro i niedbale po piachu.Za jakiś czas wprowadzę cavaletti.Mimo całego rozdrażnienia i zmęczenia, jedyne co jej wychodziło idealnie to galop-zarówno zebrany jak i wyciągnięty.Byłam z niej bardzo zadowolona.Postanowiłam zakończyć trening.
Zmachany koń podszedł do mnie bez żadnego oporu.Poszłam z nią do płotu i przywiązałam ponownie.Pot cieknął z niej strużkami.Natalia pomogła mi odpiąć wodze, chambon i pas.Dobrze, że ją spotkałam.Dziewczynka zaproponowała,byśmy ją umyły.Pas schnął na płocie, podczas gdy my szłyśmy na myjkę.
-O której godzinie jeździsz?-zagadnęłam Natalię.
-Zawsze jeżdżę rano u Roba, a ty?
Odpowiedziałam, że jeżdżę po południu u Alicji.Droga na myjkę, która okazała się być tuż za jedną ze stajni angielskich.Kolejki nie było, więc od razu zabrałyśmy się za mycie klaczy.Jak się już na początku okazało-koń wprost ubóstwiał wodę! Alyra chciała pić ze szlaufa, cały czas go trącała.Podczas mycia pyska rozchylała zęby,by się napić.To naprawdę musiał być kiedyś jeden z najlepszych koni w szkółce.Klacz bezproblemowo dała się umyć.Teraz trzeba było z nią pochodzić,żeby wyschła.Słońce wręcz paliło, więc koń powinien być suchy w sekundę.
Razem z Natalią chodziłyśmy za stajniami, obok padoków, wokół placu treningowego.Alyra była sucha i-o dziwo-nadzwyczaj spokojna.Wprowadziłam ją do boksu, zamieniłam ogłowie na kantar i razem z dziewczynką poszłyśmy na poszukiwanie owsa, ponieważ zbliżała się pora obiadu koni, a ja chciałam ją osobiście nakarmić.
Skład owsa znajdował się obok siodlarni.W środku był stajenny zajmujący się pakowaniem owsa na taczkę.
-W czymś wam mogę pomóc dziewczęta?
Idąc w stronę boksu mojej podopiecznej z miarką owsa w ręce, Natalia wytłumaczyła mi, że to Marian- najmilszy i jednocześnie najstarszy ze stajennych.Przy okazji dowiedziałam się, że dziewczynka jeździ tutaj cztery lata.
Rudy łeb wyglądał przez drzwi boksu z nastawionymi uszami.Zaczynała mnie poznawać.Otworzyła zasuwę drzwiczek, i weszłam do środka.To co zobaczyłam dosyć mnie zaskoczyło.Koń topił się w brudnej słomie.Niedawno ją czyściłam, a nogi do stawu skokowego miała ubrudzone gnojem.Muszę ją wyprowadzić i poprosić kogoś o wymianę słomy.
Wtedy go zobaczyłam- ten sam chłopak co wczoraj, ten sam kruczoczarny rosły koń.Biały czaprak, białe owijki i czarny rząd jeździecki.Wyglądali wprost oszałamiająco.Nie chciałam, żeby Natalia widziała zainteresowanie do tamtej pięknej pary z mojej strony.
-Idźmy na obiad-powiedziałam tylko.
-Zdecydowanie jestem za!-odparła wesoło dziewczynka.
Poszłyśmy.
Zmachany koń podszedł do mnie bez żadnego oporu.Poszłam z nią do płotu i przywiązałam ponownie.Pot cieknął z niej strużkami.Natalia pomogła mi odpiąć wodze, chambon i pas.Dobrze, że ją spotkałam.Dziewczynka zaproponowała,byśmy ją umyły.Pas schnął na płocie, podczas gdy my szłyśmy na myjkę.
-O której godzinie jeździsz?-zagadnęłam Natalię.
-Zawsze jeżdżę rano u Roba, a ty?
Odpowiedziałam, że jeżdżę po południu u Alicji.Droga na myjkę, która okazała się być tuż za jedną ze stajni angielskich.Kolejki nie było, więc od razu zabrałyśmy się za mycie klaczy.Jak się już na początku okazało-koń wprost ubóstwiał wodę! Alyra chciała pić ze szlaufa, cały czas go trącała.Podczas mycia pyska rozchylała zęby,by się napić.To naprawdę musiał być kiedyś jeden z najlepszych koni w szkółce.Klacz bezproblemowo dała się umyć.Teraz trzeba było z nią pochodzić,żeby wyschła.Słońce wręcz paliło, więc koń powinien być suchy w sekundę.
Razem z Natalią chodziłyśmy za stajniami, obok padoków, wokół placu treningowego.Alyra była sucha i-o dziwo-nadzwyczaj spokojna.Wprowadziłam ją do boksu, zamieniłam ogłowie na kantar i razem z dziewczynką poszłyśmy na poszukiwanie owsa, ponieważ zbliżała się pora obiadu koni, a ja chciałam ją osobiście nakarmić.
Skład owsa znajdował się obok siodlarni.W środku był stajenny zajmujący się pakowaniem owsa na taczkę.
-W czymś wam mogę pomóc dziewczęta?
Idąc w stronę boksu mojej podopiecznej z miarką owsa w ręce, Natalia wytłumaczyła mi, że to Marian- najmilszy i jednocześnie najstarszy ze stajennych.Przy okazji dowiedziałam się, że dziewczynka jeździ tutaj cztery lata.
Rudy łeb wyglądał przez drzwi boksu z nastawionymi uszami.Zaczynała mnie poznawać.Otworzyła zasuwę drzwiczek, i weszłam do środka.To co zobaczyłam dosyć mnie zaskoczyło.Koń topił się w brudnej słomie.Niedawno ją czyściłam, a nogi do stawu skokowego miała ubrudzone gnojem.Muszę ją wyprowadzić i poprosić kogoś o wymianę słomy.
Wtedy go zobaczyłam- ten sam chłopak co wczoraj, ten sam kruczoczarny rosły koń.Biały czaprak, białe owijki i czarny rząd jeździecki.Wyglądali wprost oszałamiająco.Nie chciałam, żeby Natalia widziała zainteresowanie do tamtej pięknej pary z mojej strony.
-Idźmy na obiad-powiedziałam tylko.
-Zdecydowanie jestem za!-odparła wesoło dziewczynka.
Poszłyśmy.
Rozdział 9
Alyra wyglądała przed drzwi boksu,niespokojnie kiwając głową.Cofała się i szła na przód, na zmianę przebierając nogami.Gdy podeszłam do niej, uniosła rudy łeb obracając go w prawo.W jej oczach pojawiły się białka.
Chciałam ją wyczyścić, ale nigdzie nie było uwiązu.Na szczęście lonża wisiała tam gdzie ostatnio.Wzięłam ją, i bez trudu zapięłam na czerwonym kantarze.Gdy otworzyłam boks,klacz rzuciła się do przodu, wpadając na mnie.Siedząc na ziemi ledwo utrzymywałam długi sznur,zaczepiony na kantarze rozjuszonego konia.Szybko wstałam, starając się przemieścić klacz w stronę placu treningowego.Brama była otwarta,więc udało się-koń był w środku.Tylko jak ja teraz przyniosę szczotki ze stajni?
Obok przechodziła jakaś dziewczynka,więc poprosiłam ją o pomoc jednocześnie wiążąc Alyrę do płotu.
-No pewnie, zaraz ci je przyniosę!- odparła dziewczynka.
Klacz rzucała się bezskutecznie próbując uwolnić od węzła.Starałam się ją uspokoić poprzez ostrożne głaskanie, ale wychodziło nijako.Westchnęłam z bezsilności.Chwilę potem roześmiana dziewczynka przyniosła mi zgrzebło,szczotkę ryżową i kopystkę.
-Dziękuję ci bardzo -powiedziałam- jak się nazywasz?
Dziewczynka nazywała się Natalia,miała jedenaście lat i swojego konia w stadninie.Była przyszywaną siostrą Sandry.Szczotkując zdenerwowaną jeszcze klacz, podjęłam temat jej siostry.
-Widziałam,że twoja siostra kupiła sobie nowego konia?-rzuciłam-Na pewno był bardzo drogi.
-Tak,ojciec sprowadził jej go z Francji-smutno spuściła wzrok.-Mi nie pozwala mieć więcej niż jednego kuca.
Współczułam jej.Nie z powodu ilości koni, ale z powodu ojca.Sandra była widocznie faworyzowana.
-Wiesz,to jest stadnina mojego dziadka-zaczęłam-jeżeli chciałabyś,mogę ci załatwić konia.
-Naprawdę?-z niedowierzaniem spytała Natalia-to nie byłby problem?
-Naprawdę.Jeżeli chcesz, pójdę w tej sprawie do dziadka już dzisiaj.
Dziewczynka zarumieniła się.W oczach miała iskierki.Cieszyłam się, że mogę spełnić jej marzenie.Z dalszej rozmowy wynikało,że jej kuc jest już dla niej za mały a ojciec nie chce o tym słyszeć.Jej marzeniem jest duży kuc lub mały koń.Brązową Odznakę zdała w zeszłym roku, a ojciec nie chce jej sfinansować Srebrnej Odznaki.Natalia jest adoptowanym dzieckiem,dlatego ma gorzej.Intrygowała mnie jej otwartość.
-Spędzisz tutaj całe wakacje?-spytałam.
Odpowiedziała pozytywnie.Przynajmniej jest jeszcze jedna osoba oprócz mnie, która będzie tutaj siedzieć dwa miesiące.Uśmiechnęłam się na tą myśl.
-Wygląda na to, że koń jest już czysty-powiedziałam-czas przejść do lonżowania.
Poprosiłam Natalię, żeby się odsunęła gdy odwiązywałam Alyrę.Dziewczyna od razu podała mi bat,nie musiała jej nawet prosić.
Zaczęło się.Alyra szła jak burza, brykała jak opętana.Dałam jej się wyżyć, ale już potem zaczynał się trening.
-Przydałby jej się sprzęt do lonżowania-powiedziała Natalia.-jeżeli chcesz, mogę go przynieść.
-Świetny pomysł, leć!
Odprowadziłam ją wzrokiem aż do bramy.Faktycznie, bez tego nie wiele zdziałam z tym koniem.Chociaż po całkowitym uspokojeniu się klacz chodziła gładko, tylko na kantarze i lonży.
Po chwili zdyszana dziewczynka przyniosła cały sprzęt do lonżowania-ogłowie, pas, owijki, wodze pomocnicze i chambon.To wszystko rozwiesiła na płocie.Z niepewnością spojrzałam na te rzeczy- czy klacz da je sobie nałożyć?Szczególnie obawiałam się ogłowia.
-Będzie ciężko -powiedziałam do Natalii.
-Damy radę-entuzjastycznie odpowiedziała- od czego zaczynamy?
Zaczęłyśmy od owijek.Koń stał spokojnie, więc trzeba to było wykorzystać.Chwilę potem założyłyśmy pas.Przyszedł czas na ogłowie.Słusznie się tego obawiałam.Alyra rzucała łbem w górę mimo kantaru.Próbowała nawet dębować.Ostatkiem sił nam się udało je włożyć.Jeszcze tylko chambon i wodze pomocnicze...
Chciałam ją wyczyścić, ale nigdzie nie było uwiązu.Na szczęście lonża wisiała tam gdzie ostatnio.Wzięłam ją, i bez trudu zapięłam na czerwonym kantarze.Gdy otworzyłam boks,klacz rzuciła się do przodu, wpadając na mnie.Siedząc na ziemi ledwo utrzymywałam długi sznur,zaczepiony na kantarze rozjuszonego konia.Szybko wstałam, starając się przemieścić klacz w stronę placu treningowego.Brama była otwarta,więc udało się-koń był w środku.Tylko jak ja teraz przyniosę szczotki ze stajni?
Obok przechodziła jakaś dziewczynka,więc poprosiłam ją o pomoc jednocześnie wiążąc Alyrę do płotu.
-No pewnie, zaraz ci je przyniosę!- odparła dziewczynka.
Klacz rzucała się bezskutecznie próbując uwolnić od węzła.Starałam się ją uspokoić poprzez ostrożne głaskanie, ale wychodziło nijako.Westchnęłam z bezsilności.Chwilę potem roześmiana dziewczynka przyniosła mi zgrzebło,szczotkę ryżową i kopystkę.
-Dziękuję ci bardzo -powiedziałam- jak się nazywasz?
Dziewczynka nazywała się Natalia,miała jedenaście lat i swojego konia w stadninie.Była przyszywaną siostrą Sandry.Szczotkując zdenerwowaną jeszcze klacz, podjęłam temat jej siostry.
-Widziałam,że twoja siostra kupiła sobie nowego konia?-rzuciłam-Na pewno był bardzo drogi.
-Tak,ojciec sprowadził jej go z Francji-smutno spuściła wzrok.-Mi nie pozwala mieć więcej niż jednego kuca.
Współczułam jej.Nie z powodu ilości koni, ale z powodu ojca.Sandra była widocznie faworyzowana.
-Wiesz,to jest stadnina mojego dziadka-zaczęłam-jeżeli chciałabyś,mogę ci załatwić konia.
-Naprawdę?-z niedowierzaniem spytała Natalia-to nie byłby problem?
-Naprawdę.Jeżeli chcesz, pójdę w tej sprawie do dziadka już dzisiaj.
Dziewczynka zarumieniła się.W oczach miała iskierki.Cieszyłam się, że mogę spełnić jej marzenie.Z dalszej rozmowy wynikało,że jej kuc jest już dla niej za mały a ojciec nie chce o tym słyszeć.Jej marzeniem jest duży kuc lub mały koń.Brązową Odznakę zdała w zeszłym roku, a ojciec nie chce jej sfinansować Srebrnej Odznaki.Natalia jest adoptowanym dzieckiem,dlatego ma gorzej.Intrygowała mnie jej otwartość.
-Spędzisz tutaj całe wakacje?-spytałam.
Odpowiedziała pozytywnie.Przynajmniej jest jeszcze jedna osoba oprócz mnie, która będzie tutaj siedzieć dwa miesiące.Uśmiechnęłam się na tą myśl.
-Wygląda na to, że koń jest już czysty-powiedziałam-czas przejść do lonżowania.
Poprosiłam Natalię, żeby się odsunęła gdy odwiązywałam Alyrę.Dziewczyna od razu podała mi bat,nie musiała jej nawet prosić.
Zaczęło się.Alyra szła jak burza, brykała jak opętana.Dałam jej się wyżyć, ale już potem zaczynał się trening.
-Przydałby jej się sprzęt do lonżowania-powiedziała Natalia.-jeżeli chcesz, mogę go przynieść.
-Świetny pomysł, leć!
Odprowadziłam ją wzrokiem aż do bramy.Faktycznie, bez tego nie wiele zdziałam z tym koniem.Chociaż po całkowitym uspokojeniu się klacz chodziła gładko, tylko na kantarze i lonży.
Po chwili zdyszana dziewczynka przyniosła cały sprzęt do lonżowania-ogłowie, pas, owijki, wodze pomocnicze i chambon.To wszystko rozwiesiła na płocie.Z niepewnością spojrzałam na te rzeczy- czy klacz da je sobie nałożyć?Szczególnie obawiałam się ogłowia.
-Będzie ciężko -powiedziałam do Natalii.
-Damy radę-entuzjastycznie odpowiedziała- od czego zaczynamy?
Zaczęłyśmy od owijek.Koń stał spokojnie, więc trzeba to było wykorzystać.Chwilę potem założyłyśmy pas.Przyszedł czas na ogłowie.Słusznie się tego obawiałam.Alyra rzucała łbem w górę mimo kantaru.Próbowała nawet dębować.Ostatkiem sił nam się udało je włożyć.Jeszcze tylko chambon i wodze pomocnicze...
środa, 23 lipca 2014
Rozdział 8
Południe zapowiadało się świetnie.Było trochę pochmurnie, ale na deszcz się nie zanosiło.Powietrze było świeże i rześkie.Byłam umówiona na jazdę o godzinie piętnastej.Miałam jeszcze całą godzinę, wiec postanowiłam pójść do Lucyfera, i porządnie go wyczyścić.Co prawda nie wiem, gdzie jest siodlarnia i gdzie trzyma się narzędzia do oporządzania, ale myślę, że ktoś będzie w stajni.
Wnętrze stajni było ciemne mimo kilku lamp.Jak zwykle słychać było pochrapywania koni.Można było wyczuć słodki zapach słomy i końskiej sierści.Przez chwilę upajałam się tym wszystkim,stojąc tuż przy wejściu.W środku było absolutnie pusto- żadnych jeźdźców, obsługi stajni czy turystów.W głębi duszy poczułam się samotna, tak jak w Norwegii.Przypomniały mi się wszystkie południa spędzone tylko z końmi.Cisza przerywana rżeniem koni.Na szczęście teraz jestem w Polsce, nie jestem sama.Mam Paulę, Alicję, dziadka. Na pewno poznam jeszcze wielu ludzi.Na myśl o tym rozchmurzyłam się.
Szłam przez korytarz stajni oglądając wierzchowce.Wiele z nich to oldenburgi, bądź inne rasowe konie.Na końcu, po lewej stronie czekał na mnie Lucyfer. Poczciwy, zgrabny Lucjan.Na jego widok resztki wspomnień rozwiały się kompletnie.Przy boksie na ziemi leżało pudełko ze szczotkami, a wyżej na wieszaku siodło wraz z ogłowiem.Uwiąz przywiązany był do krat boksu.Po odwiązaniu go rozsunęłam drzwi i weszłam do środka.Lucyfer przyjaźnie nastawił uszy do przodu, pochylił głowę i zarżał, mącąc ciszę.Nie będę go wiązać, bo po co? I tak stoi grzecznie.Wzięłam zgrzebło w rękę i zaczęłam go szczotkować kolistymi ruchami.Potem całą sierść przeczesałam szczotką ryżową,usuwając kurz.Sprawdziłam mu kopyta i zabrałam się za kiełznanie.Nie chciałam mu jeszcze nakładać siodła, w końcu miałam jeszcze całe pół godziny.Po krótkim namyśle wyprowadziłam go na zewnątrz w poszukiwaniu pustego padoku.Obeszłam stajnie dookoła,ale na każdym padoku znajdowały się jakieś konie.Trochę czasu mi na tym zeszło.Po spojrzeniu na zegarek zobaczyłam, że do jazdy zostało zaledwie dziesięć minut.
W stajni były wszystkie dziewczyny oprócz Sandry.Srokacz Pauli był już osiodłany,konie Meli i Zosi tak samo.Dziś Alicja obiecała nam skoki.Nie mogłam się doczekać.
-Gdzie księżniczka? -spytałam.
Odpowiedziała Paula,ponieważ Mela i Zośka zajęte były nabłyszczaniem koni, Bóg jeden wie po co.
-Księżniczka?Dziś pojedzie na swoim rumaku za milion dolarów, który stoi w stajni angielskiej.
-Za milion?W takim razie co to za koń? -rzuciłam,nakładając Lucyferowi siodło.
-Jakiś rasowy,sprowadzony dwa dni temu.Poniekąd ze świetnej hodowli.
Nie pytałam już o nic więcej.W duchu miałam nadzieję,że spadnie z tego konia.Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się.
Wszystkie cztery skierowałyśmy się na plac treningowy.Sandry o dziwo tam nie było.Może ma zamiar zrobić wielkie wejście?To zdecydowanie w jej stylu.Podczas tych przemyśleń nawet nie zauważyłam kiedy znalazłam się w siodle.Rozejrzałam się dookoła,i wtedy ją zobaczyłam- czerwone bryczesy,czarna zwiewna bluzka dopasowana do skórzanych czapsów i sztybletów.Prowadziła okazałą, gniadą klacz, która na sierści miała jasne przebłyski.Na koniu było czarne siodło skokowe,a pod nim czerwony czaprak.Nogi zwierzęcia owinięte były ciemnoczerwonymi owijkami.Do skoków?Chyba bardziej zależało jej na wyglądzie a nie chronieniu konia przed obiciami.
Gdy dziewczyna z poczuciem wyższości wymalowanym na twarzy usiadła w siodle, Alicja zaczęła trening, wydawając polecenia.Lucyfer chodził gładko tak jak ostatnio.Po porządnej rozgrzewce przyszedł czas na skoki.
-Selle français są najlepsze do skoków!-rzuciła Sandra.
Przyznam, irytowała mnie o wiele bardziej niż poprzednim razem.Zobaczymy,jak ten jej koń się sprawdzi.Zaczęliśmy od niskich przeszkód,około pięćdziesięcio-centymetrowych.Lucjan sprawdzał się idealnie, jednak gdy przyszedł czas na przeszkody wyższe niż metr, drobny oldenburg ledwo dawał radę.Zauważyła to także Alicja.
-Będziesz musiała się przesiąść na coś wyższego.
Przytaknęłam na znak, że wiem i rozumiem.Trochę smutno mi się zrobiło, patrząc na chudą szyję Lucyfera. Ostatecznie będę mogła na nim jeździć na treningach ujeżdżeniowych.
Skoki dobiegły końca.Koń Sandry był naprawdę idealny do skoków.Przeszkody pokonywał z dużym zapasem w nienagannym stylu.Zsiadłam z Lucyfera, zaciągnęłam strzemiona do góry i wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę stajni.Rozkoszowałam się rześkim powietrzem zimnego,letniego południa.Wierzchowiec zmęczony treningiem szedł powoli z opuszczoną głową.
Oporządzenie go nie zajęło mi zbyt wiele czasu,a wraz z dziewczynami załapałam się nawet na podróż do siodlarni.W końcu wiem,gdzie jest-powiedziałam sama do siebie szeptem, i odetchnęłam.Teraz czeka mnie całe popołudnie z Alyrą.Mimo zmęczenia nie mogłam się doczekać spotkania z nią.Poczułam, że naprawdę chcę jej pomóc.Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się, i wyszłam ze stajni.
Wnętrze stajni było ciemne mimo kilku lamp.Jak zwykle słychać było pochrapywania koni.Można było wyczuć słodki zapach słomy i końskiej sierści.Przez chwilę upajałam się tym wszystkim,stojąc tuż przy wejściu.W środku było absolutnie pusto- żadnych jeźdźców, obsługi stajni czy turystów.W głębi duszy poczułam się samotna, tak jak w Norwegii.Przypomniały mi się wszystkie południa spędzone tylko z końmi.Cisza przerywana rżeniem koni.Na szczęście teraz jestem w Polsce, nie jestem sama.Mam Paulę, Alicję, dziadka. Na pewno poznam jeszcze wielu ludzi.Na myśl o tym rozchmurzyłam się.
Szłam przez korytarz stajni oglądając wierzchowce.Wiele z nich to oldenburgi, bądź inne rasowe konie.Na końcu, po lewej stronie czekał na mnie Lucyfer. Poczciwy, zgrabny Lucjan.Na jego widok resztki wspomnień rozwiały się kompletnie.Przy boksie na ziemi leżało pudełko ze szczotkami, a wyżej na wieszaku siodło wraz z ogłowiem.Uwiąz przywiązany był do krat boksu.Po odwiązaniu go rozsunęłam drzwi i weszłam do środka.Lucyfer przyjaźnie nastawił uszy do przodu, pochylił głowę i zarżał, mącąc ciszę.Nie będę go wiązać, bo po co? I tak stoi grzecznie.Wzięłam zgrzebło w rękę i zaczęłam go szczotkować kolistymi ruchami.Potem całą sierść przeczesałam szczotką ryżową,usuwając kurz.Sprawdziłam mu kopyta i zabrałam się za kiełznanie.Nie chciałam mu jeszcze nakładać siodła, w końcu miałam jeszcze całe pół godziny.Po krótkim namyśle wyprowadziłam go na zewnątrz w poszukiwaniu pustego padoku.Obeszłam stajnie dookoła,ale na każdym padoku znajdowały się jakieś konie.Trochę czasu mi na tym zeszło.Po spojrzeniu na zegarek zobaczyłam, że do jazdy zostało zaledwie dziesięć minut.
W stajni były wszystkie dziewczyny oprócz Sandry.Srokacz Pauli był już osiodłany,konie Meli i Zosi tak samo.Dziś Alicja obiecała nam skoki.Nie mogłam się doczekać.
-Gdzie księżniczka? -spytałam.
Odpowiedziała Paula,ponieważ Mela i Zośka zajęte były nabłyszczaniem koni, Bóg jeden wie po co.
-Księżniczka?Dziś pojedzie na swoim rumaku za milion dolarów, który stoi w stajni angielskiej.
-Za milion?W takim razie co to za koń? -rzuciłam,nakładając Lucyferowi siodło.
-Jakiś rasowy,sprowadzony dwa dni temu.Poniekąd ze świetnej hodowli.
Nie pytałam już o nic więcej.W duchu miałam nadzieję,że spadnie z tego konia.Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się.
Wszystkie cztery skierowałyśmy się na plac treningowy.Sandry o dziwo tam nie było.Może ma zamiar zrobić wielkie wejście?To zdecydowanie w jej stylu.Podczas tych przemyśleń nawet nie zauważyłam kiedy znalazłam się w siodle.Rozejrzałam się dookoła,i wtedy ją zobaczyłam- czerwone bryczesy,czarna zwiewna bluzka dopasowana do skórzanych czapsów i sztybletów.Prowadziła okazałą, gniadą klacz, która na sierści miała jasne przebłyski.Na koniu było czarne siodło skokowe,a pod nim czerwony czaprak.Nogi zwierzęcia owinięte były ciemnoczerwonymi owijkami.Do skoków?Chyba bardziej zależało jej na wyglądzie a nie chronieniu konia przed obiciami.
Gdy dziewczyna z poczuciem wyższości wymalowanym na twarzy usiadła w siodle, Alicja zaczęła trening, wydawając polecenia.Lucyfer chodził gładko tak jak ostatnio.Po porządnej rozgrzewce przyszedł czas na skoki.
-Selle français są najlepsze do skoków!-rzuciła Sandra.
Przyznam, irytowała mnie o wiele bardziej niż poprzednim razem.Zobaczymy,jak ten jej koń się sprawdzi.Zaczęliśmy od niskich przeszkód,około pięćdziesięcio-centymetrowych.Lucjan sprawdzał się idealnie, jednak gdy przyszedł czas na przeszkody wyższe niż metr, drobny oldenburg ledwo dawał radę.Zauważyła to także Alicja.
-Będziesz musiała się przesiąść na coś wyższego.
Przytaknęłam na znak, że wiem i rozumiem.Trochę smutno mi się zrobiło, patrząc na chudą szyję Lucyfera. Ostatecznie będę mogła na nim jeździć na treningach ujeżdżeniowych.
Skoki dobiegły końca.Koń Sandry był naprawdę idealny do skoków.Przeszkody pokonywał z dużym zapasem w nienagannym stylu.Zsiadłam z Lucyfera, zaciągnęłam strzemiona do góry i wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę stajni.Rozkoszowałam się rześkim powietrzem zimnego,letniego południa.Wierzchowiec zmęczony treningiem szedł powoli z opuszczoną głową.
Oporządzenie go nie zajęło mi zbyt wiele czasu,a wraz z dziewczynami załapałam się nawet na podróż do siodlarni.W końcu wiem,gdzie jest-powiedziałam sama do siebie szeptem, i odetchnęłam.Teraz czeka mnie całe popołudnie z Alyrą.Mimo zmęczenia nie mogłam się doczekać spotkania z nią.Poczułam, że naprawdę chcę jej pomóc.Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się, i wyszłam ze stajni.
wtorek, 22 lipca 2014
Rozdział 7
-Przepraszam ,że jeszcze cię nie oprowadziłam po całym terenie stadniny.
-Nie ma problemu-odpowiedziałam.
-Chodźmy teraz,potem zaczyna się moja tura jazd.
Przytaknęłam jej na znak zrozumienia.Jakby teraz tak na to popatrzeć,nie wychylałam się poza stajnie i place treningowe.Za stajniami roztaczał się istny raj.Duża,nowoczesna hala,tor wyścigów.Ogromne padoki pełne koni.Na drugim końcu pastwisk był kompleks stajni.Dziwne-drugi?
-Co to za stajnie tam na końcu padoków?
-To są stajnie hodowlane.Tam przetrzymywane są konie oldenburskie do hodowli.Twój dziadek nie chciał,by jeźdźcy mieli z nimi styczność.
-Stąd ten światowy poziom na pokazach i zawodach?
-Dokładnie tak.Gdy coś się stanie,bądź koń przechodzi na emeryturę-trafia do naszych stajni.Wtedy albo działa w szkółce jeździeckiej,albo odpoczywa.
Ciekawił mnie jeszcze ten tor wyścigów.Przecież oldenburgi nie za bardzo się do tego nadawały.
-A ten tor?
-Tor?Na nim raz w miesiącu są organizowane gonitwy koni na poziomie międzynarodowym,dla zysku.Taka duża stajnia musi się jakoś utrzymywać.
Racja.Jak mogłam o tym zapomnieć?
-Oprócz tego co widzisz,po przeciwnej stronie stadniny znajduje się duży parkur do skoków,a za nim do cross'u. Za miesiąc zostanie tu zorganizowany wielki Jeździecki Festiwal,na którym odbędą się wszystkie dyscypliny jeździectwa klasycznego.
Mądry facet z tego mojego dziadka.
-Wracając do tych stajni hodowlanych-podjęła temat Alicja-możemy się tam wybrać przed dzisiejszą jazdą.
-To dobry pomysł,ale przed jazdą chciałabym jeszcze zajrzeć do klaczy,może odrobinę ją ruszyć,no i zobaczyć źrebaka.Może te stajnie obejrzymy po jeździe?
-Dlaczego nie-odpowiedziała-Mówiłaś,że chcesz zobaczyć źrebaka,więc chodźmy.
Ogierek leżał w boksie przykryty słomą.Był tak samo rudy jak jego matka.Tak samo niespokojny.
-Stajenne w miarę opanowały sytuację,wieczorem przyjedzie weterynarz żeby go zbadać.
Kucnęłam przy koniu,i pogłaskałam go po pysku.Ten odwzajemnił czułość liżąc mnie po ręce.
-Jest śliczny.
Wyszłyśmy z boksu,kierując się w stronę barku.Minęły trzy godziny od śniadania.
-Proponuję kawałek ciasta z kawą.
-Świetny pomysł-odpowiedziałam.Byłam naprawdę zmęczona.
-Nie ma problemu-odpowiedziałam.
-Chodźmy teraz,potem zaczyna się moja tura jazd.
Przytaknęłam jej na znak zrozumienia.Jakby teraz tak na to popatrzeć,nie wychylałam się poza stajnie i place treningowe.Za stajniami roztaczał się istny raj.Duża,nowoczesna hala,tor wyścigów.Ogromne padoki pełne koni.Na drugim końcu pastwisk był kompleks stajni.Dziwne-drugi?
-Co to za stajnie tam na końcu padoków?
-To są stajnie hodowlane.Tam przetrzymywane są konie oldenburskie do hodowli.Twój dziadek nie chciał,by jeźdźcy mieli z nimi styczność.
-Stąd ten światowy poziom na pokazach i zawodach?
-Dokładnie tak.Gdy coś się stanie,bądź koń przechodzi na emeryturę-trafia do naszych stajni.Wtedy albo działa w szkółce jeździeckiej,albo odpoczywa.
Ciekawił mnie jeszcze ten tor wyścigów.Przecież oldenburgi nie za bardzo się do tego nadawały.
-A ten tor?
-Tor?Na nim raz w miesiącu są organizowane gonitwy koni na poziomie międzynarodowym,dla zysku.Taka duża stajnia musi się jakoś utrzymywać.
Racja.Jak mogłam o tym zapomnieć?
-Oprócz tego co widzisz,po przeciwnej stronie stadniny znajduje się duży parkur do skoków,a za nim do cross'u. Za miesiąc zostanie tu zorganizowany wielki Jeździecki Festiwal,na którym odbędą się wszystkie dyscypliny jeździectwa klasycznego.
Mądry facet z tego mojego dziadka.
-Wracając do tych stajni hodowlanych-podjęła temat Alicja-możemy się tam wybrać przed dzisiejszą jazdą.
-To dobry pomysł,ale przed jazdą chciałabym jeszcze zajrzeć do klaczy,może odrobinę ją ruszyć,no i zobaczyć źrebaka.Może te stajnie obejrzymy po jeździe?
-Dlaczego nie-odpowiedziała-Mówiłaś,że chcesz zobaczyć źrebaka,więc chodźmy.
Ogierek leżał w boksie przykryty słomą.Był tak samo rudy jak jego matka.Tak samo niespokojny.
-Stajenne w miarę opanowały sytuację,wieczorem przyjedzie weterynarz żeby go zbadać.
Kucnęłam przy koniu,i pogłaskałam go po pysku.Ten odwzajemnił czułość liżąc mnie po ręce.
-Jest śliczny.
Wyszłyśmy z boksu,kierując się w stronę barku.Minęły trzy godziny od śniadania.
-Proponuję kawałek ciasta z kawą.
-Świetny pomysł-odpowiedziałam.Byłam naprawdę zmęczona.
Rozdział 6
Alicja wyglądała na trochę zmęczoną,ale szczęśliwą.
-Klacz nam się oźrebiła dzisiaj w nocy.
-Naprawdę?Która?Jak źrebię?
-Powoli!-zaśmiała się Alicja.
Może to dziwne,ale uwielbiam to całe zamieszanie podczas porodu klaczy.Jest takie specyficzne napięcie,a potem euforia gdy wszystko pójdzie dobrze.
-Oźrebiła nam się klacz oldenburska,Alyra.Sześcioletnia,poczciwa klacz.Wszystko poszło gładko,na świat przyszedł rudy ogierek.Tylko jest jeden problem-na chwilę przestałam oddychać-klacz nie akceptuje swojego syna.
Klacz kojarzyłam tylko z widzenia i krótkiego spotkania-nie byłam do niej przywiązana.Mimo wszystko zrobiło mi się przykro.
-Więc co teraz?
-Będziemy musieli go sami odchować.Karmienie,czyszczenie...na dodatek trzeba mu będzie zorganizować towarzystwo.Boję się,że jego matka mu coś zrobi.Dlatego też przeniesiemy go do innego boksu.
-Rozumiem.
Nigdy nie miałam styczności z taką sytuacją,ale bardzo chciałabym pomóc.
-A jak sama klacz?-spytałam.
-Nie pozwala do siebie podchodzić.Z resztą,sama chodź i zobacz.
Wyszłyśmy z baru idąc w kierunku stajni angielskiej.Rudy łeb klaczy nie wyglądał zza drzwi.Gdy podeszłam bliżej,zobaczyłam ją.Jakby zupełnie dzika,stała w głębi boksu z uszami skierowanymi do tyłu.Łeb miała uniesiony w górę,a w oczach było widać białka.
Widząc nas,podeszła nieco bliżej.Stałyśmy krok od drzwi.Gdy Alicja chciała otworzyć zasuwę boksu,koń rzucił się do przodu odbijając się przednimi kopytami od drzwiczek.
-Widzisz?Nie jest w najlepszym stanie.
Przytaknęłam.Klacz wyładowała się na boksie,całe oczy znów przybrały brązowy kolor.
-Mogę ją wyciągnąć?
Alicja popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
-Jak dasz radę...
-Mogłabym cię prosić o otworzenie bramy placu?
Alicja poszła bez słowa.Na haczyku boksu wisiała lonża.Wzięłam ją do ręki,i ostrożnie weszłam do środka.
Klacz była niespokojna,i przebierała nogami,ale nie rzuciła się na mnie.
-No,powoli.Spokojnie.
Podeszłam do klaczy i zapięłam lonżę na kantarze.Póki co wszystko szło jak po maśle.Do czasu.
Gdy zwierzę poczuło ciągnącą je linę,kłapnęło zębami i stanęło dęba.Pospiesznie trzymając lonżę w ręku wychodziłam z boksu,starając się zachować spokój.
Klacz wyszła za mną z boksu. Dębowała co chwilę i próbowała się wyrywać,ale bezskutecznie.Nerwowym krokiem wprowadziłam ją na plac treningowy.
Ledwo utrzymując lonżę w rękach spytałam:
-Macie tu jakiś długi bat?
Leżał pod płotem.Trenerka podała mi go.
Pozwoliłam klaczy jeszcze trochę pobrykać,a potem zaczęłam ją lonżować.Galopowała nieustannie.Po około dziesięciu minutach biegu,przeszła do kłusa,następnie do stępa.
-Dajmy jej się napić-powiedziała Alicja,trzymając w rękach wiadro z wodą.Nawet nie zauważyłam kiedy po nie poszła.
Przyciągnęłam klacz do wiadra.Nie mogła się przekonać i szła opornie,ale w końcu się udało.
-Dobra robota.Nie widziałam jeszcze,by ktoś tak szybko uspokoił rozjuszonego konia.Moje gratulacje.
-Dzięki-odpowiedziałam.Byłam zmęczona po tym zmaganiu się z dzikusem.-chyba na dzisiaj jej wystarczy.Jeżeli pozwolisz,chciałabym z nią pracować.
-Dałaś wystarczający pokaz swoich umiejętności.Masz moje pozwolenie.
Klacz opróżniła wiadro do końca.Udało się ją odprowadzić do boksu bez większych niespodzianek.
No cóż,całe południe jeszcze przede mną.
-Klacz nam się oźrebiła dzisiaj w nocy.
-Naprawdę?Która?Jak źrebię?
-Powoli!-zaśmiała się Alicja.
Może to dziwne,ale uwielbiam to całe zamieszanie podczas porodu klaczy.Jest takie specyficzne napięcie,a potem euforia gdy wszystko pójdzie dobrze.
-Oźrebiła nam się klacz oldenburska,Alyra.Sześcioletnia,poczciwa klacz.Wszystko poszło gładko,na świat przyszedł rudy ogierek.Tylko jest jeden problem-na chwilę przestałam oddychać-klacz nie akceptuje swojego syna.
Klacz kojarzyłam tylko z widzenia i krótkiego spotkania-nie byłam do niej przywiązana.Mimo wszystko zrobiło mi się przykro.
-Więc co teraz?
-Będziemy musieli go sami odchować.Karmienie,czyszczenie...na dodatek trzeba mu będzie zorganizować towarzystwo.Boję się,że jego matka mu coś zrobi.Dlatego też przeniesiemy go do innego boksu.
-Rozumiem.
Nigdy nie miałam styczności z taką sytuacją,ale bardzo chciałabym pomóc.
-A jak sama klacz?-spytałam.
-Nie pozwala do siebie podchodzić.Z resztą,sama chodź i zobacz.
Wyszłyśmy z baru idąc w kierunku stajni angielskiej.Rudy łeb klaczy nie wyglądał zza drzwi.Gdy podeszłam bliżej,zobaczyłam ją.Jakby zupełnie dzika,stała w głębi boksu z uszami skierowanymi do tyłu.Łeb miała uniesiony w górę,a w oczach było widać białka.
Widząc nas,podeszła nieco bliżej.Stałyśmy krok od drzwi.Gdy Alicja chciała otworzyć zasuwę boksu,koń rzucił się do przodu odbijając się przednimi kopytami od drzwiczek.
-Widzisz?Nie jest w najlepszym stanie.
Przytaknęłam.Klacz wyładowała się na boksie,całe oczy znów przybrały brązowy kolor.
-Mogę ją wyciągnąć?
Alicja popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
-Jak dasz radę...
-Mogłabym cię prosić o otworzenie bramy placu?
Alicja poszła bez słowa.Na haczyku boksu wisiała lonża.Wzięłam ją do ręki,i ostrożnie weszłam do środka.
Klacz była niespokojna,i przebierała nogami,ale nie rzuciła się na mnie.
-No,powoli.Spokojnie.
Podeszłam do klaczy i zapięłam lonżę na kantarze.Póki co wszystko szło jak po maśle.Do czasu.
Gdy zwierzę poczuło ciągnącą je linę,kłapnęło zębami i stanęło dęba.Pospiesznie trzymając lonżę w ręku wychodziłam z boksu,starając się zachować spokój.
Klacz wyszła za mną z boksu. Dębowała co chwilę i próbowała się wyrywać,ale bezskutecznie.Nerwowym krokiem wprowadziłam ją na plac treningowy.
Ledwo utrzymując lonżę w rękach spytałam:
-Macie tu jakiś długi bat?
Leżał pod płotem.Trenerka podała mi go.
Pozwoliłam klaczy jeszcze trochę pobrykać,a potem zaczęłam ją lonżować.Galopowała nieustannie.Po około dziesięciu minutach biegu,przeszła do kłusa,następnie do stępa.
-Dajmy jej się napić-powiedziała Alicja,trzymając w rękach wiadro z wodą.Nawet nie zauważyłam kiedy po nie poszła.
Przyciągnęłam klacz do wiadra.Nie mogła się przekonać i szła opornie,ale w końcu się udało.
-Dobra robota.Nie widziałam jeszcze,by ktoś tak szybko uspokoił rozjuszonego konia.Moje gratulacje.
-Dzięki-odpowiedziałam.Byłam zmęczona po tym zmaganiu się z dzikusem.-chyba na dzisiaj jej wystarczy.Jeżeli pozwolisz,chciałabym z nią pracować.
-Dałaś wystarczający pokaz swoich umiejętności.Masz moje pozwolenie.
Klacz opróżniła wiadro do końca.Udało się ją odprowadzić do boksu bez większych niespodzianek.
No cóż,całe południe jeszcze przede mną.
Rozdział 5
Po nocy przespanej w moim nowym pokoju byłam bardzo wypoczęta.Rano-jak zawsze-głód mi doskwierał,więc ubrana w bryczesy poszłam do kuchni.
-Dzieńdobry!-rzuciłam,widząc kucharki.
-Witaj dziecko!-odpowiedziała jedna z nich-co byś chciała na śniadanie?
Kobieta nie byłą najchudsza,miała dosyć przerzedzone włosy,nie była młoda.Mimo to patrząc na jej zmęczone,brązowe oczy widziałam sympatię.
-Zadowolę się czymkolwiek,dziękuję pani-uśmiechnęłam się.
-Dzisiaj rano usmażyłam naleśniki.Jeżeli chcesz,możesz je zjeść.Leżą na blacie obok lodówki.
Faktycznie,były tam.Z dżemem,z serem i z czekoladą.Spytałam jeszcze,gdzie są jakieś talerze,i trzy naleśniki wylądowały na naczyniu.
-Dziękuję bardzo!-powiedziałam i wyszłam.
W stajennym barze siedziała Paula jedząc tosty.Gdy mnie zobaczyła,pomachała ręką na znak,że mam do niej przyjść.
-Jak minęła ci noc?-spytała.
-Całkiem dobrze,a tobie?
Porozmawiałyśmy jeszcze trochę o koniach i o dzisiejszej jeździe.W trakcie rozmowy przypomniał mi się chłopak,który pierwszego dnia jeździł na karym koniu.Pewnie nigdy go nie poznam.
-...i tak to właśnie było.Dziwne,prawda?
Wyrwana z zamyśleń nie wiedziałam o czym Paula rozmawia.Żeby uniknąć składania pełnej wypowiedzi,tylko skinęłam głową.Ku mojej uciesze ,nagle do baru weszła Alicja wołając mnie.
-Chyba muszę iść.Do zobaczenia.
Paula porozumiewawczo przechyliła głowę do przodu.
-Dzieńdobry!-rzuciłam,widząc kucharki.
-Witaj dziecko!-odpowiedziała jedna z nich-co byś chciała na śniadanie?
Kobieta nie byłą najchudsza,miała dosyć przerzedzone włosy,nie była młoda.Mimo to patrząc na jej zmęczone,brązowe oczy widziałam sympatię.
-Zadowolę się czymkolwiek,dziękuję pani-uśmiechnęłam się.
-Dzisiaj rano usmażyłam naleśniki.Jeżeli chcesz,możesz je zjeść.Leżą na blacie obok lodówki.
Faktycznie,były tam.Z dżemem,z serem i z czekoladą.Spytałam jeszcze,gdzie są jakieś talerze,i trzy naleśniki wylądowały na naczyniu.
-Dziękuję bardzo!-powiedziałam i wyszłam.
W stajennym barze siedziała Paula jedząc tosty.Gdy mnie zobaczyła,pomachała ręką na znak,że mam do niej przyjść.
-Jak minęła ci noc?-spytała.
-Całkiem dobrze,a tobie?
Porozmawiałyśmy jeszcze trochę o koniach i o dzisiejszej jeździe.W trakcie rozmowy przypomniał mi się chłopak,który pierwszego dnia jeździł na karym koniu.Pewnie nigdy go nie poznam.
-...i tak to właśnie było.Dziwne,prawda?
Wyrwana z zamyśleń nie wiedziałam o czym Paula rozmawia.Żeby uniknąć składania pełnej wypowiedzi,tylko skinęłam głową.Ku mojej uciesze ,nagle do baru weszła Alicja wołając mnie.
-Chyba muszę iść.Do zobaczenia.
Paula porozumiewawczo przechyliła głowę do przodu.
Rozdział 4
Siodło było miękkie i wygodne,jakby stworzone dla mnie.Koń chodził gładko i pewnie.
W zastępie było pięć osób włącznie ze mną.Lucyfer idealnie się ze mną zgrywał i był spokojny.Żuł wędzidło tak,że mu piana z pyska leciała.
-Dobra,zaczynamy kłusować!-krzyknęła Alicja,stojąca na środku placu.
Byłam ostatnia w zastępie.To dobrze,nie lubię prowadzić.Przede mną na koniach siedziały dziewczyny w moim wieku,może trochę starsze.
Udało mi się rozpoznać Sandrę na siwym arabie.Była czołową,co z resztą do niej pasowało.Drugą dziewczyną była Paula na jakimś srokaczu.Trzeciej i czwartej nie znałam.
-Kłus zebrany!-Alicja wydała polecenie.
Wszystkie konie gładko przeszły w kłus zebrany.Z wyjątkiem araba.
Ten zamiast kłusować,nagle zerwał się w galop i zaczął brykać.Sandra tego nie wysiedziała.Runęła na ziemię,witając się z piaskiem.
-Zatrzymać konie!-powiedziała trenerka,idąc w stronę Sandry.
-Wszystko w porządku?-spytała.
-No raczej!
Urażona Sandra dźwignęła się na kolana,a potem wstała.Jej kremowe bryczesy i biała bluzka ucierpiały,ale znacząco bardziej ucierpiała jej duma.Prychając,wyszła z placu z uniesioną głową.Gdy zniknęła za rogiem,wyrwało mi się.
-Ona tak zawsze?
Trzy dziewczyny i Alicja roześmiały się.
-Zawsze,zawsze.To księżniczka przecież-z przekąsem powiedziała jedna z dziewczyn.-Mela jestem.
-A ja Zośka.-dorzuciła druga.
-Mówcie mi Jean-uśmiechnęłam się.
Wszystko zaczynało się układać.Na jeździe poszło mi bardzo dobrze,Alicja była zadowolona.Koń chodził fenomenalnie.
Po jeździe razem z dziewczynami poszłyśmy do stajennego barku,gdzie zjadłyśmy kawałek ciasta i popiłyśmy herbatą,rozmawiając o Norwegii,o koniach,Sandrze i o wszystkim,co się dzisiaj wydarzyło.
Tak,wszystko zaczyna się układać.
W zastępie było pięć osób włącznie ze mną.Lucyfer idealnie się ze mną zgrywał i był spokojny.Żuł wędzidło tak,że mu piana z pyska leciała.
-Dobra,zaczynamy kłusować!-krzyknęła Alicja,stojąca na środku placu.
Byłam ostatnia w zastępie.To dobrze,nie lubię prowadzić.Przede mną na koniach siedziały dziewczyny w moim wieku,może trochę starsze.
Udało mi się rozpoznać Sandrę na siwym arabie.Była czołową,co z resztą do niej pasowało.Drugą dziewczyną była Paula na jakimś srokaczu.Trzeciej i czwartej nie znałam.
-Kłus zebrany!-Alicja wydała polecenie.
Wszystkie konie gładko przeszły w kłus zebrany.Z wyjątkiem araba.
Ten zamiast kłusować,nagle zerwał się w galop i zaczął brykać.Sandra tego nie wysiedziała.Runęła na ziemię,witając się z piaskiem.
-Zatrzymać konie!-powiedziała trenerka,idąc w stronę Sandry.
-Wszystko w porządku?-spytała.
-No raczej!
Urażona Sandra dźwignęła się na kolana,a potem wstała.Jej kremowe bryczesy i biała bluzka ucierpiały,ale znacząco bardziej ucierpiała jej duma.Prychając,wyszła z placu z uniesioną głową.Gdy zniknęła za rogiem,wyrwało mi się.
-Ona tak zawsze?
Trzy dziewczyny i Alicja roześmiały się.
-Zawsze,zawsze.To księżniczka przecież-z przekąsem powiedziała jedna z dziewczyn.-Mela jestem.
-A ja Zośka.-dorzuciła druga.
-Mówcie mi Jean-uśmiechnęłam się.
Wszystko zaczynało się układać.Na jeździe poszło mi bardzo dobrze,Alicja była zadowolona.Koń chodził fenomenalnie.
Po jeździe razem z dziewczynami poszłyśmy do stajennego barku,gdzie zjadłyśmy kawałek ciasta i popiłyśmy herbatą,rozmawiając o Norwegii,o koniach,Sandrze i o wszystkim,co się dzisiaj wydarzyło.
Tak,wszystko zaczyna się układać.
Rozdział 3
-Powiedz mi,jaką masz klasę w skokach?
-W skokach?N1.
-To świetnie!A ujeżdżenie?
-Klasa C-6.
-Jestem pod wrażeniem.Ile masz lat,bo jeszcze nie pytałam?
-Siedemnaście.
Nie potrafiła ukryć zdziwienia.Przyznam,jestem usatysfakcjonowana z tego powodu.
Powoli zbliżałyśmy się do dużej stajni.W środku pachniało słomą i końmi.Dało się słyszeć ciągłe pochrapywania i rżenia koni.W stajni panował całkiem duży ruch.
-Dużo ludzi-powiedziałam.
-Tak,zaraz rozpoczyna się jazda.Dokładniej dwie jazdy.Chcesz teraz jeździć?
Stresowałam się.Nie znam ludzi,nie znam koni.
-Czemu nie?
-W takim razie pomogę ci z koniem,a wieczorem wytłumaczę ci co gdzie się znajduje.
Kiwnęłam głową na znak zgody.Przeszłyśmy całą stajnię.Na samym końcu po lewej stronie stał piękny,gniady koń.Spojrzałam na tabliczkę.
-Lucyfer,młody ale pojętny koń oldenburski.-mówiąc to,podała mi uwiąz.
Weszłam bez słowa do boksu.Koń skierował uszy do przodu i uniósł łeb w górę.Spodobał mi się.
Gdy podeszłam bliżej,opuścił łeb i dał się złapać.Jego sierść była czysta i lśniąca.Wyprowadziłam go na korytarz stajni.
-Ktoś go czyścił?-spytałam.
Alicja przejechała po jego grzbiecie ręką z lekkim zdziwieniem.
-Mówiłam wszystkim,żeby nikt go nie ruszał,no ale mówi się trudno.
-Przynajmniej konia mam czystego-uśmiechnęłam się.
-Masz swój toczek?
-Tak,leży w aucie Roba.
-To leć po niego,a ja siodłam.
Roba nie było nigdzie widać,ale na szczęście samochód był otwarty.Chwyciłam kask,i wróciłam do stajni.
Lucyfer był już w pełnym sprzęcie.
-Gotowa na jazdę?-spytała Alicja.
-Chyba tak.
-W skokach?N1.
-To świetnie!A ujeżdżenie?
-Klasa C-6.
-Jestem pod wrażeniem.Ile masz lat,bo jeszcze nie pytałam?
-Siedemnaście.
Nie potrafiła ukryć zdziwienia.Przyznam,jestem usatysfakcjonowana z tego powodu.
Powoli zbliżałyśmy się do dużej stajni.W środku pachniało słomą i końmi.Dało się słyszeć ciągłe pochrapywania i rżenia koni.W stajni panował całkiem duży ruch.
-Dużo ludzi-powiedziałam.
-Tak,zaraz rozpoczyna się jazda.Dokładniej dwie jazdy.Chcesz teraz jeździć?
Stresowałam się.Nie znam ludzi,nie znam koni.
-Czemu nie?
-W takim razie pomogę ci z koniem,a wieczorem wytłumaczę ci co gdzie się znajduje.
Kiwnęłam głową na znak zgody.Przeszłyśmy całą stajnię.Na samym końcu po lewej stronie stał piękny,gniady koń.Spojrzałam na tabliczkę.
-Lucyfer,młody ale pojętny koń oldenburski.-mówiąc to,podała mi uwiąz.
Weszłam bez słowa do boksu.Koń skierował uszy do przodu i uniósł łeb w górę.Spodobał mi się.
Gdy podeszłam bliżej,opuścił łeb i dał się złapać.Jego sierść była czysta i lśniąca.Wyprowadziłam go na korytarz stajni.
-Ktoś go czyścił?-spytałam.
Alicja przejechała po jego grzbiecie ręką z lekkim zdziwieniem.
-Mówiłam wszystkim,żeby nikt go nie ruszał,no ale mówi się trudno.
-Przynajmniej konia mam czystego-uśmiechnęłam się.
-Masz swój toczek?
-Tak,leży w aucie Roba.
-To leć po niego,a ja siodłam.
Roba nie było nigdzie widać,ale na szczęście samochód był otwarty.Chwyciłam kask,i wróciłam do stajni.
Lucyfer był już w pełnym sprzęcie.
-Gotowa na jazdę?-spytała Alicja.
-Chyba tak.
Rozdział 2
Przyznam, że czułam się trochę nieswojo.Po całym terenie stajni kręcili się jeźdźcy i turyści.Na karku czułam wzrok wielu ludzi.Lekko speszona przyspieszyłam, omal nie wpadając na dziewczynę, która prowadziła siwego konia arabskiego.Zwierzę odskoczyło robiąc obrót na zadzie.Uwiąz na chwilę wyślizgnął się z rąk dziewczyny.
-Co ty robisz?!Uważaj jak łazisz.
-Przepraszam. -rzuciłam tylko, i ostrożnie ich wyminęłam.
Czerwona na twarzy zmierzałam w kierunku biura mojego dziadka.Całą sytuację obserwowała dziewczyna w bryczesach w kratkę.Widząc barwę mojej twarzy podbiegła do mnie.
-Nie przejmuj się, Sandra taka jest. Księżniczkuje i ma uraz do całego świata.
-Dzięki. -odpowiedziałam lekko zdziwiona.
Szczerze powiedziawszy nie przepadam za ludźmi.Nie lubię nikogo poznawać, nie odzywam się zbyt często.Rozmowy też mi idą opornie.
-Paula jestem. -odpowiedziała dziewczyna.
Widziałam w jej oczach sympatię.
-Jestem Jeanette, ale mów mi Jean.
-Więc Jean, co tu robisz?-spytała uśmiechając się.
-Chciałabym zacząć tu jeździć.To stadnina mojego dziadka.
-Naprawdę? -spytała nie dowierzając- Zazdroszczę.
Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć.Chciałam zakończyć ten dialog.
-Teraz muszę iść się z nim przywitać. -rzuciłam.
-Jasne, nie ma problemu -uśmiechnęła się ponownie- będę w stajni.
I poszła, machając mi.Polubiłam ją.Moja pierwsza znajoma w Polsce.
Zbliżałam się do biura szybkim krokiem, uważając by na nikogo nie wpaść.Schody wręcz przebiegłam.
Dziadek prawie się nie zmienił.Siwe włosy jak zawsze, ten sam ciepły wzrok i uśmiech.
-Hej dziadku!
-Witaj, moje dziecko.
Rzuciłam mu się w ramiona.Uścisk trwał długo.Tak bardzo za nim tęskniłam.
-Jak minęła podróż?Jak rodzice?
-Podróż minęła świetnie,Rob jest naprawdę pomocny.Rodzice zostali w Norwegii.Wiesz,praca i te sprawy.A jak u ciebie?
-U mnie dobrze, jak widzisz-uśmiechnął się-stajnia trzyma się świetnie.Cieszę się, że będziesz tutaj całe wakacje.
-Trochę się stresuję -przyznałam się.
-Oh Jean, zupełnie bez potrzeby!Na pewno lokalni jeźdźcy cię polubią.Dosyć gadania, zapraszam do stajni.
Ucieszyłam się.W końcu jestem w Polsce, i to u dziadka,w stadninie.I zaraz dostanę swojego konia.
Zeszliśmy ze schodów.Na dole czekała jakaś dziewczyna,może 7 lat starsza ode mnie.
-To jest Alicja.Trenuje u nas jeźdźców. -przedstawił ją dziadek- Ona cię oprowadzi po całym obiekcie.
-Miło mi, jestem Jeanette.
-Dziewczyno, nie tak oficjalnie! -uśmiechnęła się połową twarzy.Już ją lubię.-chodź, pokażę ci co gdzie i jak.
-Chyba nie mam wyboru i muszę iść-odwzajemniłam uśmiech.Poczułam się znacznie lepiej.
-Co ty robisz?!Uważaj jak łazisz.
-Przepraszam. -rzuciłam tylko, i ostrożnie ich wyminęłam.
Czerwona na twarzy zmierzałam w kierunku biura mojego dziadka.Całą sytuację obserwowała dziewczyna w bryczesach w kratkę.Widząc barwę mojej twarzy podbiegła do mnie.
-Nie przejmuj się, Sandra taka jest. Księżniczkuje i ma uraz do całego świata.
-Dzięki. -odpowiedziałam lekko zdziwiona.
Szczerze powiedziawszy nie przepadam za ludźmi.Nie lubię nikogo poznawać, nie odzywam się zbyt często.Rozmowy też mi idą opornie.
-Paula jestem. -odpowiedziała dziewczyna.
Widziałam w jej oczach sympatię.
-Jestem Jeanette, ale mów mi Jean.
-Więc Jean, co tu robisz?-spytała uśmiechając się.
-Chciałabym zacząć tu jeździć.To stadnina mojego dziadka.
-Naprawdę? -spytała nie dowierzając- Zazdroszczę.
Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć.Chciałam zakończyć ten dialog.
-Teraz muszę iść się z nim przywitać. -rzuciłam.
-Jasne, nie ma problemu -uśmiechnęła się ponownie- będę w stajni.
I poszła, machając mi.Polubiłam ją.Moja pierwsza znajoma w Polsce.
Zbliżałam się do biura szybkim krokiem, uważając by na nikogo nie wpaść.Schody wręcz przebiegłam.
Dziadek prawie się nie zmienił.Siwe włosy jak zawsze, ten sam ciepły wzrok i uśmiech.
-Hej dziadku!
-Witaj, moje dziecko.
Rzuciłam mu się w ramiona.Uścisk trwał długo.Tak bardzo za nim tęskniłam.
-Jak minęła podróż?Jak rodzice?
-Podróż minęła świetnie,Rob jest naprawdę pomocny.Rodzice zostali w Norwegii.Wiesz,praca i te sprawy.A jak u ciebie?
-U mnie dobrze, jak widzisz-uśmiechnął się-stajnia trzyma się świetnie.Cieszę się, że będziesz tutaj całe wakacje.
-Trochę się stresuję -przyznałam się.
-Oh Jean, zupełnie bez potrzeby!Na pewno lokalni jeźdźcy cię polubią.Dosyć gadania, zapraszam do stajni.
Ucieszyłam się.W końcu jestem w Polsce, i to u dziadka,w stadninie.I zaraz dostanę swojego konia.
Zeszliśmy ze schodów.Na dole czekała jakaś dziewczyna,może 7 lat starsza ode mnie.
-To jest Alicja.Trenuje u nas jeźdźców. -przedstawił ją dziadek- Ona cię oprowadzi po całym obiekcie.
-Miło mi, jestem Jeanette.
-Dziewczyno, nie tak oficjalnie! -uśmiechnęła się połową twarzy.Już ją lubię.-chodź, pokażę ci co gdzie i jak.
-Chyba nie mam wyboru i muszę iść-odwzajemniłam uśmiech.Poczułam się znacznie lepiej.
Rozdział 1
Leśna droga skąpana była w popołudniowym słońcu.Silnik samochodu warczał głośno, zakłócając ciszę lasu.
Siedziałam niespokojnie na przednim siedzeniu pojazdu.
-Nie stresuj się tak Jean.
Rob to przyjaciel mojego dziadka, i przy okazji trener koni w jego stadninie.Poznałam go gdy byłam małą dziewczynką.
-Jak mogę się nie stresować!Przecież to będzie moja pierwsza jazda w tej stajni.
-Nie przejmuj się, dobrze będzie.Dziadek na pewno da ci wspaniałego wierzchowca.
Droga powoli kończyła się.Zza drzew widać było pomalowane na biało solidne płoty, zadbane padoki.Ale to, co ujrzałam wjeżdżając na teren stadniny przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Na środku był duży plac treningowy, a wokół niego były trzy piękne stajnie.Jedna duża z boksami w środku i dwie angielskie-z boksami na zewnątrz.Wszędzie można było dostrzec niskie, zielone żywopłoty.Wszystko było wprost doskonałe.
Wysiadłam z samochodu, i podążyłam za Robem. Podczas gdy przechodziliśmy obok jednej z angielskich stajni zauważyłam ją.Łeb kasztanowatej klaczy wyjrzał zza drzwi boksu.Podeszłam do niej i ostrożnie ją pogłaskałam.Koń przez chwilę wydawał się upojony głaskaniem, mimo to skierował uszy do tyłu, kłapnął zębami i cofnął się w głąb pomieszczenia.
Patrząc na klacz przypomniał mi się zadziorny koń, na którym jeździłam w Norwegii.Przez trzy lata mieszkania za granicą tuż przy stajni nie wyobrażałam sobie życia bez koni.Bez zadziornych tym bardziej.Bo właśnie takie przekazały mi najwięcej.
-Widzę, że spodobała ci się Alyra-powiedział Rob.
Tylko przytaknęłam.Rozglądając się wokół, na placu treningowym dostrzegłam chłopaka na czarnym koniu.
Byli idealnie zgrani.Każdy ruch wierzchowca przypominał lot ptaka.Koń z nie byle jaką gracją wręcz leciał.Płynął.To był naprawdę piękny widok.Sam chłopak też niczego sobie.Z zamyśleń ponownie wyrwał mnie głos Roba.
-Dziadek czeka na ciebie w biurze.Jest nad tamtą stajnią angielską.
-Dzięki, już lecę.
Siedziałam niespokojnie na przednim siedzeniu pojazdu.
-Nie stresuj się tak Jean.
Rob to przyjaciel mojego dziadka, i przy okazji trener koni w jego stadninie.Poznałam go gdy byłam małą dziewczynką.
-Jak mogę się nie stresować!Przecież to będzie moja pierwsza jazda w tej stajni.
-Nie przejmuj się, dobrze będzie.Dziadek na pewno da ci wspaniałego wierzchowca.
Droga powoli kończyła się.Zza drzew widać było pomalowane na biało solidne płoty, zadbane padoki.Ale to, co ujrzałam wjeżdżając na teren stadniny przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Na środku był duży plac treningowy, a wokół niego były trzy piękne stajnie.Jedna duża z boksami w środku i dwie angielskie-z boksami na zewnątrz.Wszędzie można było dostrzec niskie, zielone żywopłoty.Wszystko było wprost doskonałe.
Wysiadłam z samochodu, i podążyłam za Robem. Podczas gdy przechodziliśmy obok jednej z angielskich stajni zauważyłam ją.Łeb kasztanowatej klaczy wyjrzał zza drzwi boksu.Podeszłam do niej i ostrożnie ją pogłaskałam.Koń przez chwilę wydawał się upojony głaskaniem, mimo to skierował uszy do tyłu, kłapnął zębami i cofnął się w głąb pomieszczenia.
Patrząc na klacz przypomniał mi się zadziorny koń, na którym jeździłam w Norwegii.Przez trzy lata mieszkania za granicą tuż przy stajni nie wyobrażałam sobie życia bez koni.Bez zadziornych tym bardziej.Bo właśnie takie przekazały mi najwięcej.
-Widzę, że spodobała ci się Alyra-powiedział Rob.
Tylko przytaknęłam.Rozglądając się wokół, na placu treningowym dostrzegłam chłopaka na czarnym koniu.
Byli idealnie zgrani.Każdy ruch wierzchowca przypominał lot ptaka.Koń z nie byle jaką gracją wręcz leciał.Płynął.To był naprawdę piękny widok.Sam chłopak też niczego sobie.Z zamyśleń ponownie wyrwał mnie głos Roba.
-Dziadek czeka na ciebie w biurze.Jest nad tamtą stajnią angielską.
-Dzięki, już lecę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)