Leśna droga skąpana była w popołudniowym słońcu.Silnik samochodu warczał głośno, zakłócając ciszę lasu.
Siedziałam niespokojnie na przednim siedzeniu pojazdu.
-Nie stresuj się tak Jean.
Rob to przyjaciel mojego dziadka, i przy okazji trener koni w jego stadninie.Poznałam go gdy byłam małą dziewczynką.
-Jak mogę się nie stresować!Przecież to będzie moja pierwsza jazda w tej stajni.
-Nie przejmuj się, dobrze będzie.Dziadek na pewno da ci wspaniałego wierzchowca.
Droga powoli kończyła się.Zza drzew widać było pomalowane na biało solidne płoty, zadbane padoki.Ale to, co ujrzałam wjeżdżając na teren stadniny przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Na środku był duży plac treningowy, a wokół niego były trzy piękne stajnie.Jedna duża z boksami w środku i dwie angielskie-z boksami na zewnątrz.Wszędzie można było dostrzec niskie, zielone żywopłoty.Wszystko było wprost doskonałe.
Wysiadłam z samochodu, i podążyłam za Robem. Podczas gdy przechodziliśmy obok jednej z angielskich stajni zauważyłam ją.Łeb kasztanowatej klaczy wyjrzał zza drzwi boksu.Podeszłam do niej i ostrożnie ją pogłaskałam.Koń przez chwilę wydawał się upojony głaskaniem, mimo to skierował uszy do tyłu, kłapnął zębami i cofnął się w głąb pomieszczenia.
Patrząc na klacz przypomniał mi się zadziorny koń, na którym jeździłam w Norwegii.Przez trzy lata mieszkania za granicą tuż przy stajni nie wyobrażałam sobie życia bez koni.Bez zadziornych tym bardziej.Bo właśnie takie przekazały mi najwięcej.
-Widzę, że spodobała ci się Alyra-powiedział Rob.
Tylko przytaknęłam.Rozglądając się wokół, na placu treningowym dostrzegłam chłopaka na czarnym koniu.
Byli idealnie zgrani.Każdy ruch wierzchowca przypominał lot ptaka.Koń z nie byle jaką gracją wręcz leciał.Płynął.To był naprawdę piękny widok.Sam chłopak też niczego sobie.Z zamyśleń ponownie wyrwał mnie głos Roba.
-Dziadek czeka na ciebie w biurze.Jest nad tamtą stajnią angielską.
-Dzięki, już lecę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz