W pomieszczeniu nie siedział nikt mi ani dziewczynce znany, więc usiadłyśmy przy osobnym stoliku dla trzech osób.Dopiero teraz przyjrzałam się wystrojowi wnętrza-ciemne drewniane stoły i krzesła, zielone poduszki, obrusy i zasłony.Na środku stoliku stała mosiężna figurka dębującego konia.W rękach trzymałam dwa talerze wypełnione racuchami po brzegi.Jeden podałam Natalii, która od razu podjęła rozmowę.
-Widziałam, że spodobał ci się Jed i jego koń.
Spostrzegawcza jak na jedenastolatkę.W sumie nie znam tego chłopaka-nie powiem jej, że mi się podoba.
-Bardzo spodobał mi się jego koń -odpowiedziałam,z nadzieją,że nie pociągnie tematu chłopaka.
-Hrimfaxi, dziewięcioletni holsztyn -powiedziała- widziałam tabliczkę.
-W której stajni stoi?
-Stoi z tyłu stajni angielskiej.Obok myjki.
Właśnie złapałam się na myśleniu o tym, że muszę częściej myć konie.Naprawdę -nie wiem,co mnie tak do tego chłopaka ciągnęło.
-Jed to chłopak, który jeździ na mistrzostwa świata w ujeżdżeniu.
-A to skąd wiesz?
-Na tabliczce była rozeta, z Niemiec bodajże.
Jeszcze potem chwilę rozmawiałyśmy o ujeżdżeniu,o holsztynach no i jak jutro zaplanuję dzień z Alyrą.Wstając od stołu spytałam Natalię,czy mi jutro pomoże z klaczą.Otrzymałam odpowiedź pozytywną.Pożegnałyśmy się, odniosłam talerz i wyszłam z baru.
Był na placu treningowym.Znów piękno, od którego nie można było oderwać oczu.Wysoka akcja kończyn w kłusie, koń zebrany.Blask słońca odbijał się na kruczoczarnej sierści konia.Mokre plamy na sierści świadczyły o intensywnym treningu.Jeździec sprawiał, że koń tańczy.
Czasu na rozmyślania było niewiele, ponieważ zaraz czekała mnie jazda z Alicją.Dzisiaj miałam jeździć na nowym koniu, który nadawał się na wysokie przeszkody.To dopiero trzeci dzień w tej stajni, a ja już mam zmienionego konia.
Wraz z Natalią weszłyśmy do stajni w której panował ruch.Konie były przygotowywane na popołudniową jazdę, a te z poprzedniej powoli wychodziły na myjkę.W stajni jak zwykle można było czuć sodki zapach słomy i sierści końskiej.Włączono wszystkie lampy, więc było jasno.W luce między koniami dostrzegłam krzątającą się Alicję.Po chwili ona również mnie zauważyła,machając ręką.Razem z Natalią podeszłyśmy do niej.
-Jak dobrze, że w końcu jesteś! -powiedziała- Twój wierzchowiec czeka w angielskiej stajni.Tej z widokiem na padoki.
Koń nazywał się Aromat.Był pięknej maści- myszatej tobiano.Miał siedem lat.Rasa nieznana.Po wyprowadzeniu z boksu prezentował się zaskakująco dobrze.Proporcjonalna sylwetka z rozbudowaną klatką piersiową, kształtne kopyta i smukłe nogi.
Zwierzę przyjaźnie nastawiło uszy do przodu, wypuszczając z nozdrzy ciepłe powietrze.Dał się przywiązać bez trudu.Szczotki leżały pod boksem, ale po rząd jeździecki trzeba było pójść.Poprosiłam Natalię, aby zaczęła go czyścić i sama poszłam po sprzęt.Idąc w stronę siodlarni, zza rogu wyłonił się czarny łeb konia.Jeżeli jest koń, będzie jeździec.Czułam, że moje policzki nabierają barwy soczystej czerwieni.O dziwo nikt nie szedł za koniem.Na dodatek zwierzę było bez siodła.Wierzchowiec sam wszedł do boksu, ponieważ drzwi były otwarte.Na nogach był odbity ślad bo owijkach.
Postanowiłam iść dalej, nie zważając na to co się działo.Mój cel był już blisko.Nagle koń zarżał głośno.Obróciłam głowę...i wpadłam na Jeda.Złapał mnie za ramiona tak, bym nie upadła.
-Wszystko w porządku? -spytał z cieniem troski w oczach.
-Tak, dziękuję.
Nie pociągnęłam rozmowy i go wyminęłam.Byłam czerwona jak burak.Z karkiem zwilżonym od potu poszłam do siodlarni.
Pomieszczenie było skąpane w pół mroku ;było wypełnione zapachem skóry.Odnalazłam wieszak z imieniem mojego konia.Na lewym puślisku ktoś zaczepił paczkę czerwonych ochraniaczy, komponujących się z czaprakiem i przy okazji z moimi policzkami, które były jeszcze rozpalone.Po krótkich oględzinach sprzętu zobaczyłam, że na naczółku ogłowia są czerwone diamenciki.Ktokolwiek ufundował mu ten sprzęt, naprawdę musiał kochać zwierzę.Mój dziadek bardzo dba o konie, ale nie wydaje mi się, by kompletował kolorowe zestawy.Wzięłam wszystko i wyszłam.Miałam cichą nadzieję, że chłopaka już nie będzie przy koniu.Mijając róg stajni była ucieszona -moje życzenie spełniło się.
Czasu na rozmyślania było niewiele, ponieważ zaraz czekała mnie jazda z Alicją.Dzisiaj miałam jeździć na nowym koniu, który nadawał się na wysokie przeszkody.To dopiero trzeci dzień w tej stajni, a ja już mam zmienionego konia.
Wraz z Natalią weszłyśmy do stajni w której panował ruch.Konie były przygotowywane na popołudniową jazdę, a te z poprzedniej powoli wychodziły na myjkę.W stajni jak zwykle można było czuć sodki zapach słomy i sierści końskiej.Włączono wszystkie lampy, więc było jasno.W luce między koniami dostrzegłam krzątającą się Alicję.Po chwili ona również mnie zauważyła,machając ręką.Razem z Natalią podeszłyśmy do niej.
-Jak dobrze, że w końcu jesteś! -powiedziała- Twój wierzchowiec czeka w angielskiej stajni.Tej z widokiem na padoki.
Koń nazywał się Aromat.Był pięknej maści- myszatej tobiano.Miał siedem lat.Rasa nieznana.Po wyprowadzeniu z boksu prezentował się zaskakująco dobrze.Proporcjonalna sylwetka z rozbudowaną klatką piersiową, kształtne kopyta i smukłe nogi.
Zwierzę przyjaźnie nastawiło uszy do przodu, wypuszczając z nozdrzy ciepłe powietrze.Dał się przywiązać bez trudu.Szczotki leżały pod boksem, ale po rząd jeździecki trzeba było pójść.Poprosiłam Natalię, aby zaczęła go czyścić i sama poszłam po sprzęt.Idąc w stronę siodlarni, zza rogu wyłonił się czarny łeb konia.Jeżeli jest koń, będzie jeździec.Czułam, że moje policzki nabierają barwy soczystej czerwieni.O dziwo nikt nie szedł za koniem.Na dodatek zwierzę było bez siodła.Wierzchowiec sam wszedł do boksu, ponieważ drzwi były otwarte.Na nogach był odbity ślad bo owijkach.
Postanowiłam iść dalej, nie zważając na to co się działo.Mój cel był już blisko.Nagle koń zarżał głośno.Obróciłam głowę...i wpadłam na Jeda.Złapał mnie za ramiona tak, bym nie upadła.
-Wszystko w porządku? -spytał z cieniem troski w oczach.
-Tak, dziękuję.
Nie pociągnęłam rozmowy i go wyminęłam.Byłam czerwona jak burak.Z karkiem zwilżonym od potu poszłam do siodlarni.
Pomieszczenie było skąpane w pół mroku ;było wypełnione zapachem skóry.Odnalazłam wieszak z imieniem mojego konia.Na lewym puślisku ktoś zaczepił paczkę czerwonych ochraniaczy, komponujących się z czaprakiem i przy okazji z moimi policzkami, które były jeszcze rozpalone.Po krótkich oględzinach sprzętu zobaczyłam, że na naczółku ogłowia są czerwone diamenciki.Ktokolwiek ufundował mu ten sprzęt, naprawdę musiał kochać zwierzę.Mój dziadek bardzo dba o konie, ale nie wydaje mi się, by kompletował kolorowe zestawy.Wzięłam wszystko i wyszłam.Miałam cichą nadzieję, że chłopaka już nie będzie przy koniu.Mijając róg stajni była ucieszona -moje życzenie spełniło się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz