Alicja wyglądała na trochę zmęczoną,ale szczęśliwą.
-Klacz nam się oźrebiła dzisiaj w nocy.
-Naprawdę?Która?Jak źrebię?
-Powoli!-zaśmiała się Alicja.
Może to dziwne,ale uwielbiam to całe zamieszanie podczas porodu klaczy.Jest takie specyficzne napięcie,a potem euforia gdy wszystko pójdzie dobrze.
-Oźrebiła nam się klacz oldenburska,Alyra.Sześcioletnia,poczciwa klacz.Wszystko poszło gładko,na świat przyszedł rudy ogierek.Tylko jest jeden problem-na chwilę przestałam oddychać-klacz nie akceptuje swojego syna.
Klacz kojarzyłam tylko z widzenia i krótkiego spotkania-nie byłam do niej przywiązana.Mimo wszystko zrobiło mi się przykro.
-Więc co teraz?
-Będziemy musieli go sami odchować.Karmienie,czyszczenie...na dodatek trzeba mu będzie zorganizować towarzystwo.Boję się,że jego matka mu coś zrobi.Dlatego też przeniesiemy go do innego boksu.
-Rozumiem.
Nigdy nie miałam styczności z taką sytuacją,ale bardzo chciałabym pomóc.
-A jak sama klacz?-spytałam.
-Nie pozwala do siebie podchodzić.Z resztą,sama chodź i zobacz.
Wyszłyśmy z baru idąc w kierunku stajni angielskiej.Rudy łeb klaczy nie wyglądał zza drzwi.Gdy podeszłam bliżej,zobaczyłam ją.Jakby zupełnie dzika,stała w głębi boksu z uszami skierowanymi do tyłu.Łeb miała uniesiony w górę,a w oczach było widać białka.
Widząc nas,podeszła nieco bliżej.Stałyśmy krok od drzwi.Gdy Alicja chciała otworzyć zasuwę boksu,koń rzucił się do przodu odbijając się przednimi kopytami od drzwiczek.
-Widzisz?Nie jest w najlepszym stanie.
Przytaknęłam.Klacz wyładowała się na boksie,całe oczy znów przybrały brązowy kolor.
-Mogę ją wyciągnąć?
Alicja popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
-Jak dasz radę...
-Mogłabym cię prosić o otworzenie bramy placu?
Alicja poszła bez słowa.Na haczyku boksu wisiała lonża.Wzięłam ją do ręki,i ostrożnie weszłam do środka.
Klacz była niespokojna,i przebierała nogami,ale nie rzuciła się na mnie.
-No,powoli.Spokojnie.
Podeszłam do klaczy i zapięłam lonżę na kantarze.Póki co wszystko szło jak po maśle.Do czasu.
Gdy zwierzę poczuło ciągnącą je linę,kłapnęło zębami i stanęło dęba.Pospiesznie trzymając lonżę w ręku wychodziłam z boksu,starając się zachować spokój.
Klacz wyszła za mną z boksu. Dębowała co chwilę i próbowała się wyrywać,ale bezskutecznie.Nerwowym krokiem wprowadziłam ją na plac treningowy.
Ledwo utrzymując lonżę w rękach spytałam:
-Macie tu jakiś długi bat?
Leżał pod płotem.Trenerka podała mi go.
Pozwoliłam klaczy jeszcze trochę pobrykać,a potem zaczęłam ją lonżować.Galopowała nieustannie.Po około dziesięciu minutach biegu,przeszła do kłusa,następnie do stępa.
-Dajmy jej się napić-powiedziała Alicja,trzymając w rękach wiadro z wodą.Nawet nie zauważyłam kiedy po nie poszła.
Przyciągnęłam klacz do wiadra.Nie mogła się przekonać i szła opornie,ale w końcu się udało.
-Dobra robota.Nie widziałam jeszcze,by ktoś tak szybko uspokoił rozjuszonego konia.Moje gratulacje.
-Dzięki-odpowiedziałam.Byłam zmęczona po tym zmaganiu się z dzikusem.-chyba na dzisiaj jej wystarczy.Jeżeli pozwolisz,chciałabym z nią pracować.
-Dałaś wystarczający pokaz swoich umiejętności.Masz moje pozwolenie.
Klacz opróżniła wiadro do końca.Udało się ją odprowadzić do boksu bez większych niespodzianek.
No cóż,całe południe jeszcze przede mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz