niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział 19

Kopyto.Lina.Pętla.Szyja.Upadek.Błoto.Kwik.
     To było ostatnie, co zobaczyłam zanim ogarnęła mnie ciemność.Pamiętam jeszcze moment, gdy spadałam z konia.To wszystko.
     Obudziły mnie krzyki ludzi i sygnał karetki.Nie wiem gdzie się znajdowałam.Bardzo bolała mnie głowa, obraz był rozmyty.Ponownie zamknęłam oczy.
     Tym razem obudziłam się we wnętrzu -jak później udało mi się ustalić- pobliskiego szpitala.W środku było jasno i sterylnie.Ściany i podłoga były pokryte takimi samymi kafelkami.Szafki i zasłony były białe, tak samo jak moje łóżko, pościel...i wszystko inne.Przez obolałą głowę przemknęła mi myśl, że umarłam, ale to by było zbyt niedorzeczne, ponieważ byłam podpięta do aparatury mierzącej rytm serca.Miarowe pikanie było irytujące do tego stopnia, że miałam ochotę rozwalić tą maszynę.
     Poruszyłam rękami i nogami.Wszystko w porządku.Podniosłam obie dłonie, i się im przyjrzałam.Były tak blade jak wszystko w tym pomieszczeniu.Przed moim łóżkiem przeszła wysoka pielęgniarka.Chciałam ją zawołać, jednak jedyne co udało mi się wydusić to nieregularny pisk; ale usłyszała, i to się liczyło.
-Podać ci coś?Potrzebujesz czegoś?Może wody?
-P..poproszę szklankę wody i...właściwie to co się stało?
-Twój chłopak i dziadek czekają na korytarzu, mam ich zawołać? -mój rumieniec na bladej twarzy pewnie wyszedł w kolorze buraka.Dave moim chłopakiem.Ciekawe.- Co?
-Niech najpierw przyjdzie chłopak -spojrzałam na nią- Dziękuję pani.
     Jak na zawołanie, zza zasłony wypadł Dave.Jego rozwiane, długie włosy spadały mu na plecy.Miał czerwone policzki, a w oczach...czyżby łzy?
-Dobrze się... -zaczął.
-Panie przodem, gdzie twoje maniery? -próbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł co najwyżej grymas.Ból rozsadzał mi głowę.-Co się stało, gdzie jesteśmy, i jak wyglądam?
-Miałaś wypadek przy zganianiu ogierów.Wszystko obserwowałem.Czarny koń kopnął cię w głowę, gdy ty napierałaś na tego brązowego.-Kopyto- Blondynka wtedy zarzuciła mu lasso na szyję-Lina, pętla, szyja- i pociągnęła tego dzikusa tak mocno, że upadł. -Błoto,kwik.- Jesteśmy w pobliskim szpitalu, niedaleko od stadniny.Będziesz musiała tu zostać do jutra.Tak udało mi się ustalić.Wyglądasz świetnie jak zawsze -uśmiechnął się.
-Więc tak to było.A co ostatecznie stało się z blondyną i karusem?
-Amber dostała porządny opiernicz od twojego dziadka.Te konie, które ze sobą przywiozła są na targi, które odbędą się pojutrze.Mało brakowało, a ze złości wyrzuciłby te konie z hali razem z dziewczyną na bruk.Ponoć mają trudną sytuację finansową, i Amber miała mieszkać tu aż do targów, sprzedać konie i wrócić na swoje rancho. -gdy Dave zaczął się rozglądać w poszukiwaniu krzesła, zauważyłam niecodzienną rzecz.Miał wygolony lewy bok głowy.- A ten kary dzikus ma być za najwyższą cenę spośród jej wierzchowców.Nie byłbym taki pewien, czy ktokolwiek go zechce kupić.
-Mhm...jestem ciekawa co się stanie z końmi, które nie zostaną sprzedane.Skoro mają na ranchu ciężką sytuację finansową, a przywieźli aż tyle koni, których nie są w stanie utrzymać...Pojedziemy tam przed targami?
-Oczywiście.Jutro mają ci ściągać bandaże i opatrunki z głowy, i cię wypuszczą. -uśmiechnął się.
-Apropos głowy...co ci się stało w lewy bok, że masz wygolony?
-Fryzjer mi się stał -zaśmiał się- Nie chciałem, żebyś czuła się inaczej.
Dopiero teraz dotknęłam swojej głowy.Delikatnie badałam obszar bólu, naciskając owinięty bok.Faktycznie, włosy mi się kończyły wraz z bandażem.Łzy samoistnie naleciały mi do oczu.Nie płacz,głupia.Włosy nie ręka, odrosną.Dave to zauważył.Ostrożnie mnie objął.Odwzajemniłam uścisk.
-Wiesz, Dave...Pielęgniarka myślała, że jesteś moim chłopakiem. -chłopak gwałtownie oderwał się ode mnie.Jego policzki ostro zaczerwieniły się.
-Uhm..twój dziadek chyba chciałby z tobą porozmawiać. -odparł zmieniając temat.I wyszedł, patrząc na mnie.
Jego zakłopotanie tak bardzo sprawiało mi satysfakcję.Mimo, iż jeszcze miałam ochotę go przytulić, puściłam go wolno.Na moją twarz wpełznął szeroki uśmiech.W tym momencie zza kurtyny wyjrzał dziadek.
-Huuh, wnusiu, dobrze się czujesz? -popatrzył na mnie zmartwiony.
-Już lepiej, tylko trochę boli mnie głowa.Podobno jutro mają mi ściągać szwy.Dziadku, co się stało z tą blondynką?
-Dostała surową pogadankę ode mnie.Chętnie bym ją wyrzucił, ale ciężko u niej z pieniędzmi, jej rancho popada w ruinę...No i słono zapłaciła za transport jej koni na sprzedaż.Ale nie martw się, od razu po targach ta nieodpowiedzialna kobieta się wyniesie.
-Jak się nazywa jej rancho?Chciałabym tam pojechać razem z Dave'em.
-Hmm, niech no pomyślę...Rancho Cisza?Nie,nie tak...Zacisze?Tak! Rancho Zacisze.Nie wiem dokładnie jak wygląda, ale można tam dojechać plażą.Myślę, że jak wyjedziecie rano, w południe tam będziecie.
-Dziękuję dziadku. -zapadła cisza.
-Ehm...pewnie chcesz się wyspać? -Tak dziadku, najlepiej z Dave'em.- Zostawię cie już.Śpij dobrze.
-Dobranoc.
Zamknęłam oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz